AZ01 Jeziorka 17.11.19

Data: 17 listopada 2019
Rzeka: Jeziorka
Start: Millenium
Zakończenie: Górki Szymona
Dystans: 8, 58
Czas trwania spływu: 2,5 h (razem z solidnym postojem)
Uczestnicy: Wally, Olga Sz., DJ, Grzesiu, Mania, Darecki, Monia.
Temperatura odczuwalna: 10

 

Poranek siedemnastego listopada przywitał Krainę Jeziorki delikatnym szronem. Cienka, jakby cukrowa warstwa mrozu otuliła gałęzie wierzb, przybrzeżne turzyce i pajęczyny porozwieszane po szuwarach. Zmrożoną, cichą roślinność rzeki zaczęły nieśmiale roziskrzać pierwsze promienie słońca. I chociaż poranny blask intensywnie jarzył się na horyzoncie, wprawny obserwator był w stanie dostrzec, że jesienny jeszcze krajobraz, na jego oczach, przemienia się w zimowy.

W tej feerii mieniącego się brokatu, wśród westchnień wiatru gubiącego się w trzcinach, nad Jeziorką zaczęła budzić się przyroda. Najpierw wstały zziębnięte sikorki. Bystro śmigając między brzegami, szukały porannego pokarmu. Ich donośny świergot przebudził rodzinę kaczek, która skuliła się pod skarpą osłoniętą przed niebezpieczeństwami nocy bezpieczną kratą dzikich jeżyn. Na koniec otworzył oczy ptasi król okolicy – bażant.  Dumnie wyprostowany, wydał z siebie donośne ko-koro wprost w kierunku słońca. Wśród całej przyrody Jeziorki czuć było energiczne i entuzjastyczne poruszenie w oczekiwaniu na pełnię, zapowiadającego się przepięknie, dnia!

Zupełnie inaczej było na Spójni. Jeże w składzie Wally, Olga Sz. i DJ, ziewając i przecierając oczy, jeszcze w zupełnych niemal ciemnościach zaczęły gramolić się po sprzęt. Po jeżowemu przeklinały przy tym pod nosem inicjatora spływu i koncepcji, by znaleźć się na wodzie już o godzinie 9:00. Była 6:50, przypomnijmy – w niedzielę, więc pytanie: „czy warto było szaleć tak?” nasuwało się samo z siebie.

Mimo ewidentnie szalonej pory udało się sprawnie zapakować kajaki i wyruszyć po resztę towarzyszy. Po drodze zgarnęliśmy Grzesia z Mokotowa i Manię z Piaseczna. Kajak Mani był piątym na dachu samochodu, ale z jego stabilnym umocowaniem nie mieliśmy żadnych problemów. W końcu Jeże uczą się logistyki spływowej od najlepszych, a zresztą – daleko nie było  🙂

Na starcie spotkaliśmy się z Dareckimi, którzy pod nieobecność Wielkiego Nieobecnego zdecydowali się dowodzić spływem. Darecki płynął własnoręcznie wykonaną, jednoosobową kanadą. W czasie pokonywania rzeki dał popis rozwagi i równowagi, co niekoniecznie udało się na koniec Grzesiowi. Na wodzie znaleźliśmy się o godzinie 9:15, ze śpiewem na ustach rozpoczynając przygodę.

Pierwsza część wycieczki odbyła się bez większych kłopotów. Rzeka na tym odcinku ciekawie meandruje, jest sporo powalonych drzew. Mimo niskiego poziomu wody, zwałki udało się pokonać w większości dołem. Zaledwie kilka razy zatrzymaliśmy się w krzakach, poza chlapaniem się wiosłami (byle nie po twarzy!) udało się uniknąć moczonka.

Do małego dramatu doszło na wysokości pierwszego jazu, gdzie zaplanowaliśmy postój na drugie śniadanie. Część ekipy zaczęła już wychodzić z kajaków na dość spadzisty brzeg. Grzegorz, dysponujący górską łódką, postanowił spłynąć próg. O mały włos nie zakończyło się to tragedią. Jego kajak został przytrzymany przez potężny odwój, a on sam rozpoczął szaleńczą walkę o życie. Widząca to DJ, chociaż już jedną nogą na lądzie, postanowiła rzucić się w topiel, by ratować towarzysza. Nierozważnie, acz  bohatersko, szczupakiem wpadła do rzeki…

TYLKO, ŻE TAK NAPRAWDĘ  NIE DO KOŃCA TAK BYŁO. Grzesiu łapał za jazem kajak DJ, która w trakcie wychodzenia z łódki straciła łączność z brzegiem. Po honorowej pół-kabinie, zakończonej orzeźwiającą kąpielą, zziębnięta kajakarka została przebrana w profesjonalne whitewater-spodnie. Tak się złożyło, że Darecki miał je w kanadzie (dla Mani, długa historia) – przydały się jak znalazł.

Drugi odcinek rzeki był zdecydowanie spokojniejszy. Mniej zwałek i zakrętów oraz szerszy nurt sprawiły, że można było przestać skupiać się tak mocno na pływanku, za to oddać intelektualnym rozrywkom. Żeńska część spływu odśpiewała Pocahontas i Beatę Kozidrak, zagrały też w – szalenie modne – Imię Konia. Chłopcy dokazywali jak młode jelonki, starając się nawzajem przewracać i pluskać. Oczywiście w granicach rozsądku, jak na rozsądnych kajakarzy przystało.

Zakończyliśmy na Simon’s Hill, wywołując niemałą sensację wśród spacerowiczów  spędzających niedzielne południe w tym uroczym zakątku. Za drugim jazem, który udało się przenieść już bez większych trudności, zdecydowaliśmy się wykonać spłynięcie reprezentacyjne, w szyku honorowym, przez środek Simon’s Pond. W burzy oklasków rozentuzjazmowanych mieszkańców Piaseczna, w blasku glorii i chwały, dopłynęliśmy stawem niemal pod sam parking. Już na pożegnanie z Jeziorką, dowcipem popisał się Wally. Zepchnął na środek bajorka kajak Grzesia, za co ten – wrzucił jego łódkę w krzaczory. Śmiechom nie było końca 🙂

Podsumowując – był to bardzo udany początek Akcji Zima. W pysznych humorach i z dawką pozytywnej energii, wyczekujemy kolejnych, kajakarskich przygód!

 

Autor: DJ

Zdjęcia: Monia, Wally

 

P.S. Wszystkie wymienione na początku ptaszorki udało się spotkać podczas spływu.

Obserwacja ornitologiczna: bażanty, sikorki (w tym czubatka), sójki, sroki, kaczki krzyżówki.

 

P.S.2 Zebrane śmieci: puszka po piwie. Rzeka była zaskakująco czysta w korycie, gorzej na brzegach 🙁