AZ04 Wkra 12.01.2019

Data: 12 grudnia 2019
Rzeka: Wkra
Start: Sobieskie
Zakończenie: Borkowo
Dystans: 18 km
Czas trwania spływu: 3,5 h
Uczestnicy: Karolina, Natalia, Generał, Ania, Kima, Broda, Ogórek, Rolmops, Dominik, Marta, Kasia, Żaneta, Wally, Gudan, Daga
Temperatura odczuwalna: 4 st.C

 

Jesień. Kolorowa pora roku, idealna na szybki spływ kajakowy. Trochę chłodno, trochę pochmurno…. ale czy na pewno? Chyba jednak było trochę słonecznych promyków. W każdym bądź razie czy słońce czy deszcz trzeba…yhhhh… popływać. Co z tego, że niedziela? Co z tego, że trzeba było wstać o 8 rano, po sobotnich szaleństwach ze znajomymi do późnej godziny? Zawsze warto wstać, aby choć na chwilę wyrwać się z Warszawskiego pośpiechu, odsapnąć, przewietrzyć pełną myśli głowę i odpocząć właśnie w takich okolicznościach jakimi jest spływ malowniczą rzeką.

Szybka ogarka sprzętu w klubowym magazynie,  trasa na miejsce, rozładunek … wszystko idzie zgodnie z planem. Swoją obecnością spływ zaszczycił sam kierownik akcji zima. Dla takich osobistości oczywiście najlepsze miejsce w kanadzie.
Wystartowaliśmy z Przystani KAJA w Sobieskach. Historia mówi, że w okolicy była puszcza szumalska, w której hodowano konie dla rodziny Sobieskich. Płynąc dalej mijamy stary drewniany młyn. Dalej znajduje się kawałek dogodnego miejsca z barami i przystaniami gdzie można odpocząć przy brzegu. Most kolejowy. Most w Borkowie.
Odcinek, który płynęliśmy, był dosyć szeroki bez zwałek, niczym autostrada. Mimo że nurt był spokojny dawał nam wystarczająco pędu, dzięki czemu nie musieliśmy skupiać się zbytnio na wiosłowaniu, tylko na otaczającej nas przyrodzie oraz obiektach przyrzecznych zmuszających do pewnego rodzaju refleksji.
Po zakończonym spływie powrót na miejsce startu gdzie czekały nas jeszcze dwie atrakcje. Morsowanko oraz saunowanko, czyli to, co tygrysy lubią najbardziej. 

Ta niedziela z pewnością pozwoliła mi odpocząć, zrelaksować się i nabrać sił na kolejny tydzień szaleńczego warszawskiego pędu. Cieszę się, że mam takie miejsce jak klub, gdzie są ludzie którzy podzielają ze mną moje hobby spędzania wolnego czasu na powietrzu a w szczególności na wodzie. Jak to śpiewał Rysiek Riedel, ‘w życiu piękne są tylko chwile’ i to właśnie była jedna z tych chwil które pozostaną w mojej pamięci na całe życie, chwile które będę wspominał z uśmiechem na twarzy.

Autor: Generał

 

[AZ] Pętla Stegny czyli HabaŁyżwy 30.11.19

Data: 30 listopada 2019
Rzeka: zamarznięty Tor Łyżwiarski Stegny
Dystans: 16,69 km
Czas trwania ślizgawki: 2 h
Uczestnicy: Albercik, Kasia Kr, Ania P., M’Ania
Temperatura odczuwalna: -5,2

Od paru dni (w zasadzie to tygodni) z niecierpliwością i lekkim podekscytowaniem czekaliśmy na pierwszą w tym sezonie ślizgawkę na naszym ulubionym lodowisku. W piękny sobotni wieczór, czworo śmiałków postanowiło zatańczyć na lodzie, mimo że temperatura spadła nieco poniżej 0.

Pierwsze kilometry okazały się dosyć kluczowe dla bardziej odważnych sekwencji. Jednym z podstawowych elementów naszej jazdy figurowej na lodzie była jazda do przodu przodem i do przodu tyłem. Bardziej zaawansowane były już tylko piruety z elementami zmiany kierunku jazdy co 30 minut oraz nieśmiałe, lecz powtarzające się loop’y (1) płaskie po tafli lodu. To bardzo trudny i złożony element figury, wykonywany przez jednego jakże doświadczonego kajakarza freestyle’owego… W zasadzie wciąż fascynuje mnie ten piruet na plecach dookoła własnej osi podczas spektakularnej wywrotki.  Pozostaje pytanie „JAK ON TO ZROBIŁ?” 🙂

Szczęśliwa liczba tego wieczoru to JEDENAŚCIE !!! 😉 – oznaczająca upadek męskiego gatunku 🙂

Czas upłynął szybko i bardzo miło. Ostatnie okrążenia robiliśmy troszkę z wysiłkiem, ale na lodzie zostaliśmy do ostatniej sekundy. Na zakończenie i z wypiekami na twarzy opychaliśmy się czekoladowymi muffinami, tym samym finiszując udany wieczór.

Do zobaczenia już niebawem na kolejnej ślizgawce z sekcją HabaŁyżwy.

Autor: M’Ania

(1) loop czyli kajakowa figura freestyle’owa m.in. wykonywana na wodzie płaskiej (np. na basenie).  Jest to salto w przód – dwie następujące po sobie świeczki wykonane pod kątem powyżej 70 stopni.  Pierwsza na dziobie, druga na rufie. Zakończenie figury pod kątem poziomym max. 20 stopni w stosunku do kierunku rozpoczęcia figury. A teraz wyobraźcie sobie, że woda była zamarznięta 🙂

fot. Al & M’Ania

 

AZ02 – Wiosłem muru nie przebijesz…

Data: 24-25/11/2018

Rzeka: Odra Zachodnia, Odra Wschodnia (dzień 1: Gryfino-Gatow, dzień 2: Gatow-Gryfino)

Dystans: dzień 1: 25 km,  dzień 2: 20 km

Uczestnicy:  Guma

Liczba kabin: 0

Temperatura odczuwalna: dzień 1: 2,3°C,  dzień 2: 4,3°C

Od dawna nosiłem się z zamiarem eksploracji zarośli Międzyodrza – systemu kanałów i niewykorzystywanych już śluz na granicy polsko-niemieckiej, najłatwiej dostępnych z Gryfina.

Zawsze jest dla mnie dużym autem jeśli podczas wycieczki mogę wypróbować nowe rozwiązania turystyczne – tym razem był to składany kajak pneumatyczny wypożyczony z Decathlonu. Spakowałem sprzęt do nocnego pociągu i skoro świt dotarłem na miejsce. Zapowiadał się wyjątkowo ponury weekend - jak na tak słoneczną jesień – więc na dobry początek skosztowałem marokańskiej zupy w lokalnej piekarni.

Po 15 min. kajak był gotowy i ruszyłem zgodnie z wcześniej obraną trasą. Szybko jednak kajak utknął w kobiercu roślin, które napotkani wędkarze nazywali wodną marchewką. Po pozbawieniu kajaka 3 stateczników, które utrudniały poruszanie się – kontynuowałem wśród niekończących się tuneli z trzcin. Atutem miejsca jest mnogość ptactwa. Wszędzie widać efekty działalności bobrów, a jeden z nich, spłoszony -przepłynął pod moim kajakiem. Po zapadnięciu zmroku planowałem dłuższą wycieczkę, ale szybko zrezygnowałem z powodu nagromadzenia zwałek, które mogły nadwyrężyć mojego dmuchańca. W nocy ze snu wybiły mnie ostre światła reflektorów i dźwięki sugerujące, że zostanę za chwilę rozjechany przez pojazd budowlany, ale była to tylko przepływająca obok barka…

Kolejny dzień był jeszcze bardziej melancholijny witając mnie miarowym stukotem deszczu. Zmobilizowało mnie do zmodyfikowania trasy i powrotu wcześniejszym pociągiem – aby monotonia szaroburego krajobrazu nie pozostała we mnie do końca roku. Po drodze zatrzymała mnie zarośnięta śluza. Napotkany wędkarz zachęcił mnie do pokonania przeszkody zapewniając o możliwości przepłynięcia. Kiedy wiosłem, kajakiem i całym ciałem utorowałem sobie drogę – oniemiałem, gdyż śluza była zamurowana! Po dotarciu do Gryfina i pospiesznym pakowaniu okazało się, że jest to najcięższy pakunek jaki niosłem – kajak wciąż zachował resztki wody. Na pociąg zdążyłem dobiec tuż przed jego odjazdem. Kajak częściowo wysuszyłem w rowerowni, przed zwrotem do Decathlonu. Następnym razem wypróbuję morskiego pneumatyka!

AZ03 – Wkra, Narew, Wisła

Dzień 1

Data: 24.11.2018 (sobota)
Rzeka: Wkra (Pomiechówek – ujście do Narwi), Narew (do ujścia do Wisły), Wisła (do wyspy na wys. Mochty-Smok)
Dystans: ok. 17 km
Uczestnicy: Grześ, Tomek, Dominik, Maciek Sz.
Ilość kabin: 0
Temperatura odczuwalna: -4,1

Dzień 2

Data: 25.11.2018 (niedziela)
Rzeka: Wisła (wyspa – Czerwińsk)
Dystans: ok. 20 km
Uczestnicy: Grześ, Tomek, Dominik, Maciek
Ilość kabin: 0
Temperatura odczuwalna: +2,3

Listopadowy weekend z idealną pogodą. Temperatura na niewielkim plusie, deszcz na zmianę z mżawką, mgła. Czy można go spędzić lepiej, niż pływając kajakiem i biwakując?

Odpowiedziawszy sobie na to retoryczne pytanie, około południa spuściliśmy się na wodę w Pomiechówku na Wkrze. Miejsce startu to punkt, gdzie latem spotkać można setki kajaków i kajakarzy, kończących tam spływy komercyjne. Teraz, z niewyjaśnionych przyczyn, nie było tam oprócz nas nikogo.
Po kilku kilometrach Wkry, przebytych bez wielkich emocji, dotarliśmy do Narwi. Tu okazało się, że nie jesteśmy sami! Zaczął się pościg za samotnym kajakarzem – nie można go było nie spytać, co tam właściwie robi?!? Zamieniliśmy kilka zdań, wymieniliśmy opinie o pogodzie, że sprzyjająca, bo w sumie nie jest zimno i w ogóle nie wieje i popłynęliśmy dalej.

Kajakarze Tomek i Dominik zrobili trochę zdjęć mijanej Twierdzy Modlin i dotarliśmy do Wisły. Tutaj, mijając Zakroczym, zostaliśmy zaskoczeni pogodą – była mżawka i mgła, dla odmiany.

Kiedy dopłynęliśmy do upatrzonej na mapie wyspy, było prawie ciemno, mokro, wiało mniej więcej ze wschodu, powodując, że rozległa plaża, gdzie chcieliśmy biwakować, była nawietrzna i zimna, co poznaliśmy po lekkich dygotach po wyjściu z kanady. Jeszcze mokra była, też. Dlatego popłynęliśmy kawałek dalej, skutkiem czego kończyliśmy po ciemku, za to z widocznością ograniczoną silnie mgłą. Wisła przypomniała nam dobitnie, że jest jak kobieta, zmienna. Pamiętałem to miejsce z przytulnego biwaku ze stycznia 2017r. – wyglądało zupełnie inaczej.

Biwak między drzewami był ciepły, przytulny i suchy, z dokładnością do tego, że dalej była mgła i mżawka. Pozostało rozkoszować się przyrodą i zaliczyć punkty za przysmaki. Grzegorz – za wyśmienitą zupę gulaszową. Ostrą, bardzo. Na szczęście ogór kiszony gasił płomienie w naszych ustach. Na popitkę – nalewka z wiśni z RODOS, rosnących w sercu dzikiego Mokotowa, naturą nie skażonego, autorstwa piszącego tę relację. Na deser, już rano, banany z czekoladą pieczone na żarze.

Drugiego dnia, w niedzielę, już bez deszczu, w ekspresowym tempie bo po zaledwie 3 godzinach śniadania, zebraliśmy się i spłynęliśmy do Czerwińska Wisłą. Płynęliśmy około trzech godzin, próbując podziwiać szaro-ponury krajobraz krajobraz przez wciąż zalegającą mgłę. Ważne, że nie siedzieliśmy w betonach. W Czerwińsku skorzystaliśmy z uprzejmości miejscowej ludności, która podwiozła nam kierowców na parking pod jednym z niewielu w Polsce romańskich kościołów, dzięki czemu sprawnie zapakowaliśmy się na powrót do Warszawy.

Czekamy na śnieg i mróz, żeby zrobić kolejny spływ z biwakiem.

 

AZ-25 Zimowa Wda 2018 – dzień 2

Data: 03.03.2018 (sobota)
Rzeka: Wda (Czubek – Młyńsk)
Dystans: ok. 9 km
Uczestnicy: Konrad, Dorota, Grzesio, Tomek N., Kasia Kr, Agata, Magda, Monia, Darecki, Karolinka, Pestka, Rafał, Wtopa, Jacek
Ilość kabin: 0
Temperatura odczuwalna: -15

Dzień drugi XXI Ogólnopolskiego Spływu Zimowego na Wdzie obfitował w rozliczne atrakcje. Wypoczęci po okolicznym SPA, śmiało ruszyliśmy na podbój kolejnego odcinka Wdy. Czuliśmy się dość bohatersko jako, że temperatura odczuwalna była skandalicznie niska. Nie zważając na niedogodności, umościliśmy się w kajakach i popłynęliśmy. Byliśmy przygotowani na 12 km odcinek, jednak ze względu na niespodziewanie zamarznięty odcinek rzeki, organizatorzy zmuszeni byli skrócić spływ do okolic Młyńska. Dzięki pomocy innych uczestników spływu sprawnie wtaszczyliśmy kajaki na nasyp, a następnie zapakowaliśmy na przyczepy. Czekał nas jeszcze około kilometrowy spacer leśną drogą do autokaru. Na szczęście, nie licząc mrozu, pogoda była bardzo ładna i nikt nie narzekał.

Po południu, zwyczajem poprzednich edycji czekała na nas dalsza część zawodów –  Szachy Wikingów oraz łucznictwo. W Szachach Wikingów nasza drużyna, a raczej drużyny nie miały sobie równych. Tym razem podeszliśmy do sprawy matematycznie – im więcej drużyn, tym większa szansa na wygraną. Strategia opłaciła się i Habazie wygrały tą konkurencję.  Do strzelania z łuku była długa kolejka, a temperatura nie rozpieszczała. Dzięki celnym strzałom oraz uporze kolegów i koleżanek w czekaniu na swoją kolej, Habazie i tu odniosły sukces. W ten sposób dzień dobiegł końca. Pozostało rozejść się na zajęcia w podgrupach, a dla chętnych dalsza część integracji na stołówce.

 

Autor: Dorota Derlatka
Foto: Grześ