AZ07 – Rządza rządzi

Data: 3.12 (niedziela)

Rzeka: Rządza
Trasa: Gęsianka – Osęczyzna
Dystans: ok 10km

Stracone czapki: 2
Ilość kabin: 1 (autorstwa Grzesia)
Temperatura odczuwalna: -0,8 st.C

Kto: Ewa, Magda, Marucha, j*, Edzia, Dorotka, Grześ
 
Drugi tydzień z rzędu miałam wychodne. Dzielnie obudziłam się o 7:00, żeby powoli i sennie zebrać się do wyjścia. Nie było już takiego podekscytowania jak tydzień wczesniej przed Jeziorką (nooo, wtedy to był pierwszy spływ akcji zima od dwóch lat) – było rano, ciemno i zimno i dziecko spało – tzn. ja też mogłam!
 
Pojechałam do HOWu spotkać się z Madzią, zapakować kajaki i w drogę do Gęsianki! Ahoj przygodo!
 
Punkt 9:00 podjechałyśmy na miejsce startu, gdzie już praktycznie wszyscy byli gotowi. Szybka akcja rozpakowywania, zdejmowania kajaków i rozwożenia samochodów. Od razu wiedziałam, że będzie pięknie. Mała rzeczka, śnieg na brzegach, buty Rafała na nogach (tzn. nie będą uciskać jak moje), łapawice na wiośle. Będzie pięknie!
 
Kiedy zeszliśmy na wodę od razu się zaczęło! Zwałka za zwałką! Jak się przecisnąć, żeby nie wyjść z kajaka. Prędkości zawrotnej nie osiągnęliśmy, bo pierwszy kilometr pokonaliśmy w godzinę. Naprawdę – było pięknie! Banan na twarzy i ciągłe powtarzanie „ale ekstra!”. Mokre rękawy, mokre włosy, stracone czapki. No i to się nazywa spływ! Razem z Madzią okrzyknęłyśmy, że jesteśmy super, kiedy na drodze pojawiła się zwałka – wg niektórych niemożliwa do pokonania. Ale jako, że miałyśmy nizinne kajaki, chłopaki ładnie nas przerzucili. Przerzucili na brzeg, więc jako, że przeszkoda zaliczona bez wyjścia z kajaka, można było zdjąć fartuch, wyjść z kajaka i poprzeciągać resztę. We dwie, zapierając się o wszystko co było pod nogami przeciągnęłyśmy wszystkich trzech chłopaków! Brawo my!
 
Niestety ze względu na ilość zwalonych drzew i przeszkód musieliśmy jeden mostek obejść – no nie dało się tego zrobić w rozsądnych ramach czasowych. Ale oprócz tego jednego przymusowego wyjścia, żadna zwałka nie była mi straszna! Wysiadłam z kajaka dopiero na mecie 🙂
 
Naprawdę był to piękny spływ. I całe szczęście, że nie zdecydowaliśmy się na dłuższy wariant , bo wtedy mogłoby już być nam bardzo zimno i piękno rzeki mogłoby zostać przyćmione przez odczucia czysto fizyczne – wszechogarniające odczucie zimna. Wydawać by się mogło, że niby temperatura odczuwalna była -0,8, ale tak naprawdę jeżeli zwałki wymuszały połowiczne moczenie, to nawet najlepszy strój nie uchroniłby nas przed chłodem. Dlatego też z ulgą usłyszałam, że dopłynęliśmy do samochodów.
 
Pozostała szybka akcja przebrania, zamocowania kajaków na dachu, podwiezienia Jacka do samochodu i można było spokojnie, w ciepłym samochodzie wracać do domu.
 
Takie jedno spostrzeżenie na sam koniec się nasuwa – nizinne kajaki są do pływania zwałkowych rzek, górskie nie do końca, fresstyle’ówki też nie bardzo 🙂
 

AZ06 – Żądza Rządzy

Data: 10.12.2017 r.

Trasa: Osęczyzna – Ołdakowizna/Turze

Dystans: 8/11 km

Uczestnicy: Agata N., Groszek, Grześ, *j, Karolinka, Madzia, Wtopa

Temperatura odczuwalna: -6,6 st. C

 

Zachęceni opowieściami uczestników poprzedniego spływu Rządzą, wybraliśmy się na kajakowy podbój kolejnego odcinka tej pięknej rzeki.

Spotkaliśmy się na starcie w Osęczyźnie o godzinie 9:00 w niedzielny poranek (niektórzy jeszcze nie do końca zdążyli dojść do siebie po sobotnich spływach). Po szybkim rozwiezieniu samochodów na metę (Turze) i w 2/3 drogi (Ołdakowizna), wskoczyliśmy do kajaków, chwyciliśmy wiosła i… NA WODĘ!

Rzeka zapowiadała się bardzo zacnie i nas nie rozczarowała. Od samego początku napotykaliśmy zwałki – na początku niewielkie, potem coraz ciekawsze. Trafiła się też jedna (niestety) betonowa kładka i kilka drewnianych mostków, pod którymi trzeba było się przeciskać.

I właśnie jeden z takich mostków okazał się bardzo zdradliwy. Pewnej anonimowej kajakarce przydarzyła się wtopa – kiedy przeciskała się pod nim metodą „dzióbek o brzeg”, przyblokował rufę tak, że kajak nie obrócił się w porę dnem do dołu, a jednocześnie brzeg gdzieś odpłynął… Walka była zacięta i niewiele brakowało, a nie skończyłoby się to kabiną! 🙂

Morał z tego taki, że suche spodnie i kurtka to świetna sprawa, a pakowanie zapasowych ubrań na spływy Akcji Zima nie powinno być tylko formalnością.

Po krótkim postoju technicznym ruszyliśmy w dalszą drogę. Pokonując kolejne zwałki dotarliśmy w końcu do niewielkiego zalewu, za którym był całkiem spory jaz. I tutaj mieliśmy przenoskę, a przy okazji chwilę na herbatkę i przekąski.

Za jazem było jeszcze lepiej – nurt trochę przyspieszył, gdzieniegdzie pojawiały się niewielkie bystrza, a zwałki jakby się rozmnożyły i trochę urosły. Zrobiło się naprawdę ciekawie. Zwałek i meandrów było na tyle dużo, że w 2/3 drogi żeńska część załogi stwierdziła, że chyba ma już dosyć i postanowiła zakończyć spływ przy pierwszym samochodzie. Panowie natomiast zdecydowali, że popłyną dalej.

 

Dopłynięcie do mety zajęło im dokładnie tyle czasu, co nam przywiezienie drugiego samochodu, załadowanie kajaków na dachy i powrót znowu na metę. Tam spotkaliśmy się w komplecie i zakończyliśmy spływ.  Było fajnie!

AZ04- Listopadowy Wel

data: 25.11.2017 r.

trasa: Lidzbark -Trzcin

dystans: 15 km

uczestnicy: Tomek, Grześ, Mateusz, Edzia, Artur, Kasia K

temperatura odczuwalna: 0,6 st.C

„A może do Piekła? „. Wel kusił stosunkowo wysokim stanem wody (109 cm). Wyruszyliśmy o szóstej rano, dwoma samochodami -Tomek z Grześkiem oraz Edzia z Kasią i Mateuszem (tegoroczni kursanci w przewadze liczebnej!). W Lidzbarku, na starcie, dołączył do nas Artur, lokalny „gajd”, jak to go Groszek określił.

Ledwo założyliśmy fartuchy, podjechało do nas dwóch uprzejmych panów i ostrzegło przed kablami. Pod wodą. Edzia zapytała podejrzliwie, czy te kable aby nie pod napięciem. Panowie zaprzeczyli, a kiedy obiecaliśmy, że nie będziemy się wywracać we wrażym punkcie, odjechali. Spotkaliśmy ich jednak za kilka minut. Trzymali te kable, łagodnie opadające na dno rzeki i wzmagali naszą czujność.

Czy w samochodzie trochę chciało się spać? Trochę tak.  Ale kiedy znaleźliśmy się na wodzie, nikt nie żałował wczesnej pobudki- okolica spowita była mgłą, z której wyłaniały się ciemne sylwetki drzew, było bardzo cicho i tylko my sobie sunęliśmy raz to pośród zarośli, raz dnem jaru o pokrytych liśćmi stokach. Po „groźnym Welu” i jego „górskim sznycie” na razie ni słychu, ni widu. Nawet zwałki nie użyliśmy na początku.  Można się było za to poprzyglądać pałkom wodnym i grzybkom rosnącym na wystających z wody pniakach.

Ciekawe było może to, że Artur (płynął w awangardzie- trochę to niby prowadził, ale tak na prawdę to wypatrywał okazów fauny) wypatrzył okaz fauny- mianowicie łosia. Krzyknął „o, łoś!”. Wszyscy wtedy też krzyknęliśmy: łoś! łoś!- jedno do drugiego, ale to Artur go widział, a Edzia widziała, jak uciekał. Widzieliśmy sarny (Mateusz) i jakieś drapieżne ptaszydła (Edzia i Kasia i Mt też ). Trudno było też przeoczyć  ślady bobrzej działalności. Grzesiek chyba płoszył wszelkiego zwierza, a Tomek to nie wiem, bo płynął na końcu, gdzie oddawał się fotografowaniu okolicy i kręcił eskimoski dla ochłody. (W końcu temperatura była dodatnia:  0,6 st C, jak skwapliwie podał Grześ).

Po godzinie pluskania się, zaczęło robić się ciekawiej.

Pojawiły się pierwsze zwałkowe przeszkody. Przy jednej z nich Kasia, która guzdrała się na zakręcie, wpadła w habaziowe objęcia- niestety, nie chodzi tu o miłych panów, ale sieć niewinnie wyglądających gałęzi. „Po te dwa kabinkowe punkty AZ  wybrałam się na Wel!”  pomyślała sobie pewnie na pocieszenie, człapiąc w mule na brzeg. Co prawda czapka zaginęła gdzieś w odmęcie, ale postój był okazją do wypicia bardzo smacznej herbaty (imbir, goździki, cytryna, miód!).

A potem zrobiło się na prawdę przyjemnie i ciekawie, bowiem zaczęło się owo przesławne Piekiełko- i piszę to ja, co to jeszcze dwa razy zmieniała czapkę 😀  więc można mi wierzyć. Wody było sporo i przeszkód też, zdarzyło się nawet bystre miejsce, sposobne do ćwiczenia promowania, gdzie zabawiliśmy kilka minut. Do atrakcji niezaplanowanych, ale znaczących należało też z pewnością uwalnianie  zaklinowanego pod drzewem w silnym nurcie Prijona. Mimo takiej przygody i tak dotarliśmy na metę w Trzcinie dużo wcześniej, niż zakładaliśmy-  po czterech godzinach i kwadransie.

Myślę, że wszyscy zaliczą ten śmiały wypad na północ do sobót przyjemnie spędzonych- niechaj o tym świadczy chociażby uśmiechnięte ostatnie zdjęcie.

napisała Kasia K ( nie mam ksywki, chociaż Grzesiek zaproponował „mordercę czapek”..)