AZ01 – Akcja Zima z innej strony!

Kiedy: 11.11.2017
Co: Opieka
Gdzie: Warszawa/Otwock
Skład: Ewa, Gosia
Punkty Akcji Zima: 1 🙂

Kiedy na świecie pojawia się mały człowiek organizacja różnych wydarzeń dla pary zaczyna być bardziej.. wymagająca. Najłatwiej podzielić się w sposób następujący: jedno ma wychodne, jedno siedzi z dzieckiem. I tak też stało się tym razem. Mnie przypadła opieka nad naszą córką, a Rafał z wielkim bananem na twarzy spakował kajakowy wór (warto wspomnieć, że Gosia dzielnie pomagała tacie w pakowaniu), wziął wiosło i zatrzasnął za sobą drzwi.

Kiedy zostałyśmy same nasz dzień wyglądał dość typowo: o kupa, to chodź Gośka – przebiorę Cię. No weź nie kop. Dobra, udało się. Ale pięknie stoisz! No to może coś zjesz? Kaszka manna? Robi się. Przestań pluć. Już nie chcesz? No to koniec, nie będziesz rozrzucać jedzenia po podłodze. To co teraz zrobimy? Pojedźmy do babci do Otwocka. Podróż całkiem przyjemna – dziecko zasnęło w foteliku. Jesteśmy. Powiedz: ba-ba! (papamamaaa…tata…. Ba……) No prawie.  Ale dużo miejsca (słychać oddalanie się czworakującego dziecka)! Gdzie jesteś? Przestań jeść ten papier! Zostaw tę książkę! Nie idź tam (trzaśnięcie drzwiami). Chcesz jeść? No to może teraz pierś. No to teraz druga. Nie gryź! Siku zrobiłaś? O, kupę też. No to przebieramy. Zostaw tę pastę. Zostaw tę szczotkę. Ufff, babcia popilnuje! Znowu stajesz? Brawo ty! Przestań jeść ten magnes z lodówki. Nie dawaj jej cukru! To może się napijesz? Pobawmy się klockami. Patrz jaki piękny domek. O, już nie. Dziękuję, bardzo ładnie burzysz. To może teraz spróbuj powrzucać klocki do pudełka. Sprzątamy i wracamy do taty. Pa pa!

Przyznaję, część szczegółów pominęłam. Ale muszę Wam powiedzieć – fajnie tak spędzić czas z Gosią! Szczególnie jak się tak pięknie szczerzy tym swoim dwuzębnym uśmiechem!

AZ07 – Rządza rządzi

Data: 3.12 (niedziela)

Rzeka: Rządza
Trasa: Gęsianka – Osęczyzna
Dystans: ok 10km

Stracone czapki: 2
Ilość kabin: 1 (autorstwa Grzesia)
Temperatura odczuwalna: -0,8 st.C

Kto: Ewa, Magda, Marucha, j*, Edzia, Dorotka, Grześ
 
Drugi tydzień z rzędu miałam wychodne. Dzielnie obudziłam się o 7:00, żeby powoli i sennie zebrać się do wyjścia. Nie było już takiego podekscytowania jak tydzień wczesniej przed Jeziorką (nooo, wtedy to był pierwszy spływ akcji zima od dwóch lat) – było rano, ciemno i zimno i dziecko spało – tzn. ja też mogłam!
 
Pojechałam do HOWu spotkać się z Madzią, zapakować kajaki i w drogę do Gęsianki! Ahoj przygodo!
 
Punkt 9:00 podjechałyśmy na miejsce startu, gdzie już praktycznie wszyscy byli gotowi. Szybka akcja rozpakowywania, zdejmowania kajaków i rozwożenia samochodów. Od razu wiedziałam, że będzie pięknie. Mała rzeczka, śnieg na brzegach, buty Rafała na nogach (tzn. nie będą uciskać jak moje), łapawice na wiośle. Będzie pięknie!
 
Kiedy zeszliśmy na wodę od razu się zaczęło! Zwałka za zwałką! Jak się przecisnąć, żeby nie wyjść z kajaka. Prędkości zawrotnej nie osiągnęliśmy, bo pierwszy kilometr pokonaliśmy w godzinę. Naprawdę – było pięknie! Banan na twarzy i ciągłe powtarzanie „ale ekstra!”. Mokre rękawy, mokre włosy, stracone czapki. No i to się nazywa spływ! Razem z Madzią okrzyknęłyśmy, że jesteśmy super, kiedy na drodze pojawiła się zwałka – wg niektórych niemożliwa do pokonania. Ale jako, że miałyśmy nizinne kajaki, chłopaki ładnie nas przerzucili. Przerzucili na brzeg, więc jako, że przeszkoda zaliczona bez wyjścia z kajaka, można było zdjąć fartuch, wyjść z kajaka i poprzeciągać resztę. We dwie, zapierając się o wszystko co było pod nogami przeciągnęłyśmy wszystkich trzech chłopaków! Brawo my!
 
Niestety ze względu na ilość zwalonych drzew i przeszkód musieliśmy jeden mostek obejść – no nie dało się tego zrobić w rozsądnych ramach czasowych. Ale oprócz tego jednego przymusowego wyjścia, żadna zwałka nie była mi straszna! Wysiadłam z kajaka dopiero na mecie 🙂
 
Naprawdę był to piękny spływ. I całe szczęście, że nie zdecydowaliśmy się na dłuższy wariant , bo wtedy mogłoby już być nam bardzo zimno i piękno rzeki mogłoby zostać przyćmione przez odczucia czysto fizyczne – wszechogarniające odczucie zimna. Wydawać by się mogło, że niby temperatura odczuwalna była -0,8, ale tak naprawdę jeżeli zwałki wymuszały połowiczne moczenie, to nawet najlepszy strój nie uchroniłby nas przed chłodem. Dlatego też z ulgą usłyszałam, że dopłynęliśmy do samochodów.
 
Pozostała szybka akcja przebrania, zamocowania kajaków na dachu, podwiezienia Jacka do samochodu i można było spokojnie, w ciepłym samochodzie wracać do domu.
 
Takie jedno spostrzeżenie na sam koniec się nasuwa – nizinne kajaki są do pływania zwałkowych rzek, górskie nie do końca, fresstyle’ówki też nie bardzo 🙂