Czechy w Tropikach 2018 – oczyma kursanta

Piątek, godzina 16. Tfu! Środa, ale czuję się jakby to był piątek. Całe Jerozolimskie stoją, a ja odliczam
minuty do wylotu z pracowni. Kilka minut upłynęło trochę szybciej i "w temacie", bo wpadł Żaba więc
sprawdziliśmy pegle (wodowskazy) w Słowenii i newsy nt. niebezpieczeństw w rzekach które planujemy
pływać.
Tak, "w końcu" trzeba się wziąć za siebie i sprawdzić jakie warunki na nas czekają, co i gdzie można
pływać. Za kilkanaście godzin razem z resztą kursantów awansujemy z ziemniaków do stopnia
prowadzących grupę. A to poważna i odpowiedzialna fucha. Już niedługo rozpocznie się szkolenie
z organizacji i prowadzenia spływów na rzekach górskich.
[16 godzin później]
Wpadamy na kemping, większość ekipy już jest. Szybki sen, śniadanie przygotowane przez kadrę i czas
zdecydować, który odcinek wybieramy na rozpływanie. Po dłuższym zastanowieniu jedziemy do zejścia
Srepnica 1 aby popłynąć Soczą do Trnovo 1.
Okolica żyje z turystyki, a kajaki i rafty są bardzo popularne, dlatego zejścia nad rzekę są bardzo dobrze
oznakowane. Po rozwiezieniu samochodów i odprawie, podziale na grupy i ustaleniu szyku w grupach
(oczywiście wszystko poza odprawą spoczęło na barkach kursantów), schodzimy na wodę. Pierwsza część
łatwa z momentami, więc dla przypomnienia staramy się łapać wszystkie możliwe cofki. Jest średni
poziom wody, wiec płynie się dość sprawnie. Ale spokój jest pozorny, przed nami druga cześć z "wisienką
na torcie" w postaci syfonu znanego z YouTube. Wśród kursantów widać stresik. Dopływamy do zejścia
Srepnica 2. Teraz zaczyna się ciekawszy odcinek, z miejscami WWIII. Umawiamy się, że każda grupa
poczeka przed syfonem na następną i dopiero spłynie dalej. Jak powiedzieli, tak zrobili – wszyscy
spokojnie spływamy to miejsce lewą stroną. Jeszcze kilkaset metrów i koniec odcinka.
Wracamy do bazy, wachta zabiera się za przygotowanie obiadu a cała reszta biegnie jeszcze chwilę
popływać na tzw. torze przy ujściu Korytnicy do Soczy.
Po obiedzie Guliwer (kierowniczka szkolenia) robi odprawę, na której dzieli się z nami spostrzeżeniami
kadry co zmienić lub co poprawić. Będzie o czym myśleć jutro na wodzie. Później Dempsej robi wykład o
tym jak i gdzie szukać informacji dotyczących rzek, na których planujemy pływać.

Drugiego dnia na pierwszy ogień wybraliśmy Korytnicę (stan niski-średni). Zaraz za zejściem na wodę
zaczyna się najciekawszy odcinek ze sporą ilością głazów i kanionem. Wejście do kanionu dość
wymagające, ale w samym kanionie też trzeba się pilnować bo nurt w nim wcale nie jest taki oczywisty.
To zaowocowało dwiema kabinami. Dzięki temu mieliśmy dodatkowe ćwiczenia praktyczne z
ratownictwa, czyli rzutka i łapanie kajaka. Daga prawie zorganizowała ćwiczenia z technik linowych
zostawiając swój kajak zaklinowany w poprzek kanionu, ale spłynął dalej zanim udało się do niego zejść.
Gdyby nie pływanie "na znaki", ktoś mógłby zdążyć wpaść na ten kajak.
Dalej bez większych przygód. Poza oglądaniem jeszcze jednego progu, który okazał się z brzegu
mniejszym niż z wody, pozostało nam głównie ćwiczenie techniki i pływania w szyku.

Drugim odcinkiem tego dnia była górna Soca czyli Bunkerij – Sotocje. Podobnie jak Kortynica rozpoczyna
się dużą kataraktą, i również tu grupy starały się czekać na siebie nawzajem i asekurować. Tym razem w
ramach ćwiczeń dodatkowych było przeciąganie kajaka na drugi brzeg. Celny rzut rzutką, przypięcie
kajaka karabinkiem, wypchnięcie jak najwyżej w górę rzeki i za chwilę był na drugim brzegu. Cała akcja
nie zajęła minuty. W drogę!
Zatrzymujemy się na ostatniej prostej przed kanionem, miejscem na które chyba wszyscy czekali.
Wysiadamy je obejrzeć z brzegu. Pierwsza rzecz jaka rzuca nam się w oczy to woda przelewająca się przez

kamienie w wejściu do kanionu. Pamiętając relację filmową z poprzedniego roku, na której były one
odkryte, część ekipy oddycha spokojniej a część kręci nosem, że będzie łatwiej. Zaraz to sprawdzimy…
Szybkie opracowanie toru płynięcia i po kolei, na znaki, ruszamy. Kilka eskimosek później wszyscy są na
drugim końcu kanionu. Dalsza część rzeki jest już spokojniejsza, ale trzeba się mieć na baczności.
Szczególnie jak się wybiera drogę płynięcia jak ja, po kamieniach. Chwilę po trafieniu na tego jedynego
(jedynego w nurcie, hue hue) mogę sobie zapisać pierwszy punkt w wywrotolotku.
Wieczorem tradycyjnie odprawa oraz szkolenie z technik linowych przeprowadzone przez Żabę. Od teraz
wiemy jak asekurować innych, wyciągać zaklinowany kajak i ew. pomóc Monice zejść na ziemię 😉

Trzeciego dnia wchodzimy na trochę głębszą wodę. Choć planowany odcinek już znamy (Srepnica 2 –
Trnovo 1) to kadra nie będzie z nami pływać. Wieczorem na górnej Socy będą tylko niezależnymi
obserwatorami. Na początku lekko zaskoczeni tą sytuacją ustalamy plan działania. Bez zbędnych
niesnasek (niezbędne oczywiście muszą być!) dzielimy grupy, Maciek z Grześkiem rozwożą auta i wracają
stopem i schodzimy na wodę. O syfonie myślimy już zacznie mniej niż za pierwszym razem. Natomiast
nieco niższy stan wody powoduje, że w kliku miejscach zrobiło się nieco trudniej. Szczególnie na
początku, gdzie na odcinku 200 m Ania zalicza dwie eskimoski. Dalej było bez większych przygód.
Podobnie po południu na Socy. Przed kanionem wysiedliśmy tylko na chwilę na wszelki wypadek.
Asekuracja z brzegu niewiele w tym miejscu pomoże, a jaką drogę płynięcia przyjąć już mniej więcej
wiedzieliśmy. Na sam koniec pływania przy kempingu mieliśmy zajęcia z ratownictwa. Każdy holował
człowieka po kabinie i był holowany. Drugim ćwiczeniem było spychanie płynącego kajaka do cofki.
Po obiedzie i odprawie zamiast wykładu była wideoanaliza. Z licznych nagrań zostały wybrane momenty
do omówienia techniki i popełnianych błędów. Każdy z kursantów i waletów dostał informacje na swój
temat.
W niedzielę, na zakończenie popłynęliśmy Korytnicę. Tego dnia kadra też nas tylko obserwowała. Bez
większych przygód dotarliśmy na kemping. Szybkie pakowanie, odprawa na zakończenie, lody na otarcie
łez i w drogę. Tak, trzeba wracać.
[18 godzin później]
Poniedziałek 7 rano…

Udział wzięli:
Kursanci: Ania, Daga, Kasia J, Monika, Grzesiek, Tomek, Maciek, Zoha
Waleci: Aneczka, Darecki, Krzychu
Kadra: Guliwer, Rurka, Dempsej, Łukasz W, Żaba

Podium wywrotolotka:
1. Monika: 7,75 pkt.
2. Kasia: 6 pkt.
3. Szafran: 4,25 pkt.

Relacja autorstwa Zohy

Czechy W Tropikach 2018

Flickr Album Gallery Powered By: WP Frank

Babajaki

Przepis na Babajaki

Składniki:
Habagrzanki
Kajaki
Jedzonko
Przyjemności
Trochę planu

Wykonanie : Na oko

Pomysł na babski wyjazd kajakowy dojrzewał w naszych głowach długo, ale ostatecznie do jego realizacji przystąpiłyśmy bardzo spontanicznie i błyskawicznie, wymieniając przy tej okazji jedyne 100 e-maili. Kolejne 100 wciąż się pisze. Planowanie wyjazdu przebiegało w oparach nieświadomego zachwytu, a każdemu nietypowemu pomysłowi towarzyszyła fala dziewczęcych pisków i euforii. Chciałyśmy żeby było przyjemnie, nawet kosztem powiększenia gabarytów bagażu. Nie mogłyśmy przecież nie zabrać spieniaczki do mleka, czy kieliszków do wina.

Założenia były proste i dla każdej oczywiste. Jedziemy do Austrii, gotujemy pyszności, mamy czas na wszelkie przyjemności, no i oczywiście pływamy.  Realizacja planu wydawała się banalna. Jednakże los bardzo szybko zaczął weryfikować naszą zaradność, przepalając żarówkę H7 w Żabowozie, czy zmuszając do stawienia czoła trojańskim fortelom. I choć bardzo chętnych do pomocy nie brakowało, z każdym utrudnieniem poradziłyśmy sobie same, będąc wierne wyjazdowej zasadzie „testosteron free”.

Oczywiście nie chodziło o udowadnianie czegokolwiek – po prostu wiedziałyśmy, że damy sobie radę i postawiłyśmy na wzajemne zrozumienie. Priorytetów,  które na pewno nie przeszłyby w koedukacyjnym składzie, w naszej uroczej grupie nie trzeba było ustalać – jedzonko i przyjemności first.

Utwierdziłyśmy się też w przekonaniu, że jedzonko i kajaki, stanowią duet doskonały. Toast arbuzowym ponczem nad Lammer’em, śniadanie z placuszkami owsianymi przystrojonymi malinowym dżemem, nutellą i masłem orzechowym nad Lieser’em, a na deser po Defereggenbach’u, serowe oponki.

Ukoronowaniem wyjazdu był dla nas nocleg u brzegu jeziora Hallstatt, pod magicznie rozgwieżdżonym niebem i obserwowanie z kieliszkiem w ręku deszczu Perseidów. Oby wszystkie marzenia się spełniły! Jedno już na pewno za nami 🙂

Zachwyt poprzedzający wyjazd nie był  na wyrost – wszystko wyszło cudownie, pysznie, a każda na bieżąco potwierdzała, że czuje się szczęśliwa. Zdobyte podczas kabin i akcji ratunkowych siniaki warte są tego sportu.
Nasz przepis sprawdził się idealnie, a co najważniejsze, mamy apetyt na więcej!

Babajaki 2017

Flickr Album Gallery Powered By: WP Frank

AZ5 – AZ7 Zimowa Wda 2017

Relacja z AZ05 – Zimowa Wda 2017 – dzień 1

Data: 24 marca 2017,  g. 10:00

Rzeka: Wda na odcinku Szlaga – Błędno

Dystans: 17,2 km

Uczestnicy: Konrad, Staszek, Edzia, Karolinka, Agata N., Guma, Ogór, M”Ańka,

Temperatura odczuwalna: -10,3 st.C

Punkty Akcji Zima: 12,3

Były tej zimy wyjazdy w góry na deskę i biegówki, na deszczowe wyspy – rowerem, ale  trzeba w końcu rozpocząć sezon kajakowy! Jest ku temu okazja – coroczna impreza kajakowa Zimowa Wda. Okazja, aby sprawdzić siebie i ciuchy w zimowych warunkach, do nawiązania kontaktów z innymi klubami, okazja do  współzawodnictwa oraz potańcowania! Niektórzy już byli na tego typu imprezach, opowiadają legendarne historie, bynajmniej nie o wyczynach kajakowych… Na imprezie ma być ok. 200 osób, a ja nie przepadam za zatłoczoną rzeką, ale jestem ciekawy kto przyjedzie, jakiego sprzętu preferują kajakarze z innych klubów i czy damy radę jako Habazie z nimi konkurować w przewidzianym wyścigu i kilku konkurencjach.

Poranek zaczyna się od oficjalnych przemówień, które jednak szybko ucina narastająca zawieja śnieżna. Pakujemy się do autobusów, po drodze gubię moich kompanów i w samotności przemierzam sosnowe lasy Wdeckiego Parku Krajobrazowego. Na starcie znów rozstaję się z kompanami z klubu, którzy zziębnięci oczekiwaniem na kajaki bezzwłocznie wodują się, podczas gdy ja dostosowuję do siebie klubowego Prijona Choppera. Wypływam, gdy leniwie z nieba sypie mokry śnieg. W sumie szczególnie nie marznę – oprócz dłoni skrytych w neoprenowych rękawiczkach, które dostałem od Mikołaja na klubowej Wigilii. Na początku w kajaku czuję się nieswojo, zaczynam wiosłować moim całkiem nowym nabytkiem – Rapą w kolorze soczystego mango, która kontrastuje z szarościami pochmurnego zimowego poranka. Po kilkunastu minutach wchodzę w miarowy rytm. Na wodzie przeważają turystyczne jedynki i dwójki oraz  kajaki morskie – kajaków górskich właściwie nie widać. Ptactwa, ani innych zwierząt też nie ma, choć tereny zalesione i urokliwe – widocznie skryły się wystraszone tak liczną obecnością ludzi. Na rzece brak właściwie przeszkód, ale nudno nie jest gdyż krajobraz ciągle się zmienia wzdłuż meandrującej  rzeki. Rozgrzewam się i ręce powoli odmarzają. W oddali rozpoznaję kajaczek ceniącej sobie spokój Karolinki, w której miłym towarzystwie spędzam większość pozostałej trasy.

Na miejscu czeka na nas autobus. W powrocie zagaduję do mojego współpasażera. Okazuje się, że to pan Janek Łucki – weteran kajakarstwa, długodystansowiec, dla którego dzień bez kajaka to dzień stracony. Wdę płynął już ponad 50 razy! Po powrocie oczekiwany obiad, a później planszówki – Dixit, Metro i klasyka wyjazdów kajakarskich – Niagara. Wieczorem zaś  pogawędka z  kolegami z wrocławskiego Wiadrusa i dancing całą noc. Może spływ był krótki, przy tej imprezie ważniejszy jest aspekt towarzyski.

relacja by Guma


Relacja z AZ06 – Zimowa Wda 2017 – dzień 2

 

data: 25.02.2017 r.

trasa: Błędno – Stara Rzeka

dystans: 12,8 km

uczestnicy: Agata, Edzia, Guma, Karolinka, Konrad, Mania, Ogór, Staszek, Szymon

Temperatura odczuwalna: -7,3 st.C

Punkty Akcji Zima: 9,3

 

Jako, że pogoda w pierwszym dniu nie rozpieszczała i przywitała nas śniegiem, wszyscy byliśmy ciekaw jaka aura będzie nam towarzyszyła w drugim dniu pływania. Właśnie dziś mieliśmy uczestniczyć w konkurencjach jakie przygotowali dla nas organizatorzy, a przyznam, że po sukcesach z ubiegłego roku apetyty były ogromne.  Niektórzy liczyli na ładną pogodę, która pozwoli im pościgać się w miłych okolicznościach przyrody, ja z Konradem na mróz, który pozwoli umocnić się w tabeli przodowników AZ:) Niby za oknem lampa i bezchmurne niebo, ale szybka wizyta na stronie pogodynki i już wiadomo, że wszyscy będą dziś zadowoleni!

W dobrych humorach udaliśmy się do autobusów, a następnie na miejsce naszego startu. Już w kajakch pojedynczo i grupami, żwawo bądź ślamazarnie zbliżaliśmy się do miejsca startu dzisiejszych zawodów. (Pewnie chcecie spytać, a cóż to za zawody:] ) Gdy za kolejnym zakrętem ukazał się sędzia startowy, już wiedziałem, że do mety naprawdę niedaleko. Wiedziałem też, jak rozłożyć siły na czas trwania wyścigu, co rok wcześniej nie było takie oczywiste. Startujemy pojedynczo, niecałe pół godziny wiosłowania i oto jest meta. Żądni kolejnych atrakcji szybko udajemy się do autobusów, ale nasz zapał studzą kierowcy na których tradycyjnie przyjdzie nam dość długo czekać. Zresztą “tradycja” to słowo, które dla mnie, chyba nierozerwalnie związane jest z wizytami na Zimowej Wdzie, dlatego też w oczekiwaniu na konkurencje strzeleckie “tradycyjnie” idziemy zrobić trening na plenerowej siłowni. Trening umilamy sobie wspominkami z poprzedniego roku, zadręczając nieobecego Rafała wysyłanymi mu zdjęciami. Oj my niedobrzy!!! Wracamy do ośrodka, szybki instruktaż od Konrada, ubiegłorocznego zwycięzcy w strzelaniu i przystępujemy do swych prób. Po strzelaniu czeka na nas konkurencja tajemniczo zwana “szachami wikingów” (zaintrygowanych odsyłam do wujka googla). Przystępujemy do rozgrywek, lecz niestety siłownia zrobiła swoje, przetrenowane bicepsy i rozchwiany po treningu błędnik sprawiają, że wypadamy dosyć blado przy wypoczętych ekipach. Dzień powoli dobiegał końca, lecz to nie był koniec wrażeń. W oczekiwaniu na wieczorek taneczny, nasze dzielne dziewczyny z zapałem lepiły instalację artystyczną, która również miała podlegać ocenie, zaś męska część ekipy zajęła się ich dopingowaniem (Za wikipedią doping – sztuczne podnoszenie wydolności zawodników).
relacja by Stachu


Relacja z AZ07 – Zimowa Wda 2017 – dzień 3

 

data: 26.02.2017 r.

trasa: Stara Rzeka – Tleń

dystans: 7,8 km

uczestnicy: Agata, Edzia, Guma, Karolinka, Konrad, Mania, Ogór, Staszek, Szymon

Temperatura odczuwalna: -6,3 st.C

Punkty Akcji Zima: 8,3

 

Dzień trzeci XXI Ogólnopolskiego Spływu Zimowego na Wdzie rozpoczął się podobnie jak dzień pierwszy i drugi, od bólu głowy. Znane uczucie zniwelowaliśmy klasycznym podejściem do problemu, czyli śniadaniem z kawą.

Potem trochę ociężale ruszyliśmy na ostatni 8-kilometrowy odcinek Wdy. Rzeka znów zachwyciła nas swym pięknem i zimową scenerią, brzegi pokryte były jeszcze lodem i śniegiem, a w oddali śpiewały poukrywane w drzewach żurawie.

Po spływie spałaszowaliśmy pyszny obiad dostosowany do potrzeb i światopoglądu ucztujących. Stachu wchłoną schabowego, bo nie jest wegetarianinem, a Ci którym zależy na zwierzątkach zadowolili się jarskimi potrawami.

Po posiłku odbyła się część oficjalna kończąca spływ, podczas której organizatorzy ogłosili, że Habazie są najlepsze. Okazało się, że w kompilacji dyscyplin takich jak: wyścigi kajakowe na płaskiej wodzie, strzelanie z wiatrówki, szachy wikingów i kreatywność w budowaniu dzieł artystycznych z chrupek, nie mamy sobie równych. Nie było co prawda alko-konkurencji, ale ją też z pewnością byśmy wygrali.

Z bagażnikami ledwo domkniętymi od wysypujących się medali ruszyliśmy w trasę do stolicy. Za rok pewnie też tu wrócimy i powalczymy o nie gorsze miejsce niż w tym sezonie.

relacja by Ogór

foto Konrad i Guma

AZ7-AZ9 Zimowa Wda 2017

Flickr Album Gallery Powered By: WP Frank

AZ – 11 Guma Trip, czyli składakiem do domu

Data: 3 marca 2017,  g. 12:00

Rzeka, akwen: Narew (Serock)→ Zalew Zegrzyński→ Kanał Żerański

Dystans: 24 km

Uczestnicy: Guma

Temperatura odczuwalna: -2,4

Punkty Akcji Zima: 4,4

Relacja z AZ11

Nudno jest wracać z imprezy firmowej autobusem, zwłaszcza, że pogoda zapowiada się niezła, a do domu można dopłynąć kajakiem. Plan jest, aby przebić się aby przebić się przez Kanał Żerański do Wisły i dopłynąć do Przystani Młociny, gdzie mam już rzut beretem do domu.  Zatem w przeddzień spływu, do mojego 150l worka pakuję oprócz stroju smart casual – mój składany kajak. Koledzy z pracy zgadują co przywiozłem – niektórzy typują paralotnię, inni – ponton.

Po całonocnej imprezie większość osób wraca do domu, ale cześć zostaje i podczas spaceru nad Narwią ostrzegają mnie przed zalegającym lodem i dopytują o szczegóły pływania składakiem. A ja składam mój kajak dopiero trzeci raz i zamiast instrukcji po angielsku zabrałem wersję niemiecką… Udało się w końcu wszystko dopasować, może kiedyś zejdę ze składaniem poniżej 1h…

W końcu wypływam, Narew lekko pofalowana, płynę pod wiatr. Postanawiam przepromować się na lewy brzeg, obawiając się, że Zalew Zegrzyński może być zamarznięty i że mogę mieć trudność w przebiciu się do wejścia do Kanału. W razie problemów mam też plan alternatywny – przepłynąć Narwią do Nowego Dworu Mazowieckiego i wrócić do Warszawy Kolejami Mazowieckimi. Mijam stado kormoranów. Na szczęście lód stoi jedynie w zatoczce.

Wpływam na Kanał Żerański, woda jak lustro. Nie ma się do kogo odezwać, są jedynie wędkarze, których jednak nie zaczepiam. Każdy most znakowany jest przez klub piłkarski. Wiosłuję miarowo, żadnych przeszkód, niekiedy wyleci przestraszona kaczka. Wchodzę w trans, przestaję myśleć, zamieniam się w robota do wiosłowania. Obrazy przesuwają się jak bajka w rzutniku Ania. Mijają kolejne kilometry, pogoda coraz lepsza. Dopływam do Warszawy. Nie mogę się doczekać przepłynięcia pod jeszcze świeżą kładką na Kanale Żerańskim. A tu niespodziewanie – lód! Wydaje się cieniutki, taranuję go i rozbijam – przydałoby się dłuższe wiosło. Niestety, pokrywa robi się coraz grubsza, a praca idzie żmudnie. Robi się coraz później i zimniej, kalkuluję, sprawdzam na jakdojadę połączenie do domu. Okazuje się, że 30 m dzieli mnie od przystanku PKP Żerań. Podejmuję decyzję, że pora się wycofać – tuż przed śluzą dzielącą mnie od Wisły. Rozgrzewam się herbatką i solidną porcją chałwy, pakuję kajak do autobusu 705 i po przesiadce w 181 jestem w domu.

AZ11 2017 Guma Trip

Flickr Album Gallery Powered By: WP Frank

relacja by Guma

foto Guma

AZ 13 – Drzewica, Tor

DATA: 12 marca 2017 g.8:00

Temperatura odczuwalna: – 0,6 stC

Punkty AZ: 2,6

Sklad: Trenta, Krzychu, Expres, Konrad

Kolejny weekend znowu utwierdza w przekonaniu, że kajakarstwo to może i małe piwko, ale na pewno nie jedno. Impreza integracyjna kursu się udała, nie dane jest jednak odsypiać do południa, gdy już o 11 w Drzewicy na tor puszczają wodę!

Dotarliśmy do celu o czasie, niektórzy wyłączając świadomość na czas dojazdu, niektórzy… no nie wiem co robili inni, bo starannie próbowałem zasnąć. Na miejscu przywitaliśmy ekipę znad morza. Przebraliśmy się i ruszyliśmy na tor. Nauczony zeszłotygodniowym bystrzem tym razem złapałem za taśmę i uzupełniłem wszystkie przerwy w ciągłości klubowej pianki. Wyposażony w srebrne nagolenniki i nakolanniki, uzbrojony w wiosło czułem się jak rycerz Silvertejpu herbu Izolepa. Jestem pewien, że gdyby Achilles posiadał taki wynalazek nie musiałby się obawiać o swoją piętę, Odyseusz grałby na nosie Scylli i Charybdzie, a puszkę Pandory można by z powrotem zakleić! Żarty żartami, zeszliśmy na wodę, zrobiliśmy eskimoskę na rozgrzewkę (nic tak nie rozgrzewa jak strużka lodowatej wody na plecach) i ruszyliśmy pływać. Słynne beczki z boof’em okazały się za pierwszym razem dość łaskawe. Przy drugim podejściu postanowiły pokazać, że oprócz startu warto też zadbać o lądowanie :D. Woda lała się przez dwie otwarte zastawki, więc ciągnęło zacnie, a nurt tworzył formacje nieznane mi jeszcze z dwóch pozostałych torów. W cofkach była okazja poznać ludzi, których ksywki już się nie raz słyszało, no i ogólnie czas płynął tak, jak kajaki: szybko i przyjemnie. Akurat gdy zimno zaczęło już trochę doskwierać, woda się skończyła, a my ruszyliśmy w powrotną drogę. Tym razem ominęliśmy tradycyjną potorową pizzę, no ale trudno – będę miał po co wracać 🙂

by KrzysioCh

foto brak :-(((((