AZ06 – Żądza Rządzy

Data: 10.12.2017 r.

Trasa: Osęczyzna – Ołdakowizna/Turze

Dystans: 8/11 km

Uczestnicy: Agata N., Groszek, Grześ, *j, Karolinka, Madzia, Wtopa

Temperatura odczuwalna: -6,6 st. C

 

Zachęceni opowieściami uczestników poprzedniego spływu Rządzą, wybraliśmy się na kajakowy podbój kolejnego odcinka tej pięknej rzeki.

Spotkaliśmy się na starcie w Osęczyźnie o godzinie 9:00 w niedzielny poranek (niektórzy jeszcze nie do końca zdążyli dojść do siebie po sobotnich spływach). Po szybkim rozwiezieniu samochodów na metę (Turze) i w 2/3 drogi (Ołdakowizna), wskoczyliśmy do kajaków, chwyciliśmy wiosła i… NA WODĘ!

Rzeka zapowiadała się bardzo zacnie i nas nie rozczarowała. Od samego początku napotykaliśmy zwałki – na początku niewielkie, potem coraz ciekawsze. Trafiła się też jedna (niestety) betonowa kładka i kilka drewnianych mostków, pod którymi trzeba było się przeciskać.

I właśnie jeden z takich mostków okazał się bardzo zdradliwy. Pewnej anonimowej kajakarce przydarzyła się wtopa – kiedy przeciskała się pod nim metodą „dzióbek o brzeg”, przyblokował rufę tak, że kajak nie obrócił się w porę dnem do dołu, a jednocześnie brzeg gdzieś odpłynął… Walka była zacięta i niewiele brakowało, a nie skończyłoby się to kabiną! 🙂

Morał z tego taki, że suche spodnie i kurtka to świetna sprawa, a pakowanie zapasowych ubrań na spływy Akcji Zima nie powinno być tylko formalnością.

Po krótkim postoju technicznym ruszyliśmy w dalszą drogę. Pokonując kolejne zwałki dotarliśmy w końcu do niewielkiego zalewu, za którym był całkiem spory jaz. I tutaj mieliśmy przenoskę, a przy okazji chwilę na herbatkę i przekąski.

Za jazem było jeszcze lepiej – nurt trochę przyspieszył, gdzieniegdzie pojawiały się niewielkie bystrza, a zwałki jakby się rozmnożyły i trochę urosły. Zrobiło się naprawdę ciekawie. Zwałek i meandrów było na tyle dużo, że w 2/3 drogi żeńska część załogi stwierdziła, że chyba ma już dosyć i postanowiła zakończyć spływ przy pierwszym samochodzie. Panowie natomiast zdecydowali, że popłyną dalej.

 

Dopłynięcie do mety zajęło im dokładnie tyle czasu, co nam przywiezienie drugiego samochodu, załadowanie kajaków na dachy i powrót znowu na metę. Tam spotkaliśmy się w komplecie i zakończyliśmy spływ.  Było fajnie!

AZ04- Listopadowy Wel

data: 25.11.2017 r.

trasa: Lidzbark -Trzcin

dystans: 15 km

uczestnicy: Tomek, Grześ, Mateusz, Edzia, Artur, Kasia K

temperatura odczuwalna: 0,6 st.C

„A może do Piekła? „. Wel kusił stosunkowo wysokim stanem wody (109 cm). Wyruszyliśmy o szóstej rano, dwoma samochodami -Tomek z Grześkiem oraz Edzia z Kasią i Mateuszem (tegoroczni kursanci w przewadze liczebnej!). W Lidzbarku, na starcie, dołączył do nas Artur, lokalny „gajd”, jak to go Groszek określił.

Ledwo założyliśmy fartuchy, podjechało do nas dwóch uprzejmych panów i ostrzegło przed kablami. Pod wodą. Edzia zapytała podejrzliwie, czy te kable aby nie pod napięciem. Panowie zaprzeczyli, a kiedy obiecaliśmy, że nie będziemy się wywracać we wrażym punkcie, odjechali. Spotkaliśmy ich jednak za kilka minut. Trzymali te kable, łagodnie opadające na dno rzeki i wzmagali naszą czujność.

Czy w samochodzie trochę chciało się spać? Trochę tak.  Ale kiedy znaleźliśmy się na wodzie, nikt nie żałował wczesnej pobudki- okolica spowita była mgłą, z której wyłaniały się ciemne sylwetki drzew, było bardzo cicho i tylko my sobie sunęliśmy raz to pośród zarośli, raz dnem jaru o pokrytych liśćmi stokach. Po „groźnym Welu” i jego „górskim sznycie” na razie ni słychu, ni widu. Nawet zwałki nie użyliśmy na początku.  Można się było za to poprzyglądać pałkom wodnym i grzybkom rosnącym na wystających z wody pniakach.

Ciekawe było może to, że Artur (płynął w awangardzie- trochę to niby prowadził, ale tak na prawdę to wypatrywał okazów fauny) wypatrzył okaz fauny- mianowicie łosia. Krzyknął „o, łoś!”. Wszyscy wtedy też krzyknęliśmy: łoś! łoś!- jedno do drugiego, ale to Artur go widział, a Edzia widziała, jak uciekał. Widzieliśmy sarny (Mateusz) i jakieś drapieżne ptaszydła (Edzia i Kasia i Mt też ). Trudno było też przeoczyć  ślady bobrzej działalności. Grzesiek chyba płoszył wszelkiego zwierza, a Tomek to nie wiem, bo płynął na końcu, gdzie oddawał się fotografowaniu okolicy i kręcił eskimoski dla ochłody. (W końcu temperatura była dodatnia:  0,6 st C, jak skwapliwie podał Grześ).

Po godzinie pluskania się, zaczęło robić się ciekawiej.

Pojawiły się pierwsze zwałkowe przeszkody. Przy jednej z nich Kasia, która guzdrała się na zakręcie, wpadła w habaziowe objęcia- niestety, nie chodzi tu o miłych panów, ale sieć niewinnie wyglądających gałęzi. „Po te dwa kabinkowe punkty AZ  wybrałam się na Wel!”  pomyślała sobie pewnie na pocieszenie, człapiąc w mule na brzeg. Co prawda czapka zaginęła gdzieś w odmęcie, ale postój był okazją do wypicia bardzo smacznej herbaty (imbir, goździki, cytryna, miód!).

A potem zrobiło się na prawdę przyjemnie i ciekawie, bowiem zaczęło się owo przesławne Piekiełko- i piszę to ja, co to jeszcze dwa razy zmieniała czapkę 😀  więc można mi wierzyć. Wody było sporo i przeszkód też, zdarzyło się nawet bystre miejsce, sposobne do ćwiczenia promowania, gdzie zabawiliśmy kilka minut. Do atrakcji niezaplanowanych, ale znaczących należało też z pewnością uwalnianie  zaklinowanego pod drzewem w silnym nurcie Prijona. Mimo takiej przygody i tak dotarliśmy na metę w Trzcinie dużo wcześniej, niż zakładaliśmy-  po czterech godzinach i kwadransie.

Myślę, że wszyscy zaliczą ten śmiały wypad na północ do sobót przyjemnie spędzonych- niechaj o tym świadczy chociażby uśmiechnięte ostatnie zdjęcie.

napisała Kasia K ( nie mam ksywki, chociaż Grzesiek zaproponował „mordercę czapek”..)

AZ02 – Jeziorka

Co: Jeziorka, Łoś → Górki Szymona
DATA: 18.11.2017
Temperatura odczuwalna: -3.0
Skład: Ogór, Magda, Szymon, Konrad, Mateusz

Punkt 08 na plac HOWu wjeżdża Konrad swoim wspaniałym kajakowozem. W minut 10 ładujemy szpej i ruszamy po Magdę. O 09 spotykamy się z Ogórem i Szymonem w Górkach Szymona. Tam przepak do jednego samochodu i hajdana na start do Łośa.

Jest 0930, na starcie wita nas słonce i miłe, chłodne powietrze. Ładujemy się do kajaków i ruszamy. Na trasie jest kilka zwałek, jedna duża tak, że musimy ją obejść.

Czas szybko mija, w miarowym tempie uderzania wiosłem o wodę. Około 1205 dopływamy na półmetek, tam zjadamy skrzętnie przygotowane maszkiety. Z dalszą trasą nie zwlekamy zbyt długo, dlatego że niska temperatura na brzegu wydaje się dotkliwsza niż w kajaku.

Około 1350 dopływamy do Górek Szymona, gdzie pijemy łyków kilka ciepłej herbaty i kończymy spływ 🙂

Kilka uwag, które przychodzą mi na myśl po tym spływie to:
– wziąć ze sobą drugą czapkę na wypadek, gdyby ta pierwsza zamokła
– zabrać przysmaki, które nie będą twarde jak kości
– zapisywać się w arkuszu na spływy w ramach AZ


Mateusz L.