AZ-06 Pilica 22-23.12.18

Dzień 1

Data: 22.12.2018 (sobota)
Rzeka: Pilica
Dystans: ok. 10 km
Uczestnicy: Grześ, Szpaku
Ilość kabin: 0
Temperatura odczuwalna: bez klasyfikacji

Dzień 2

Data: 23.12.2018 (niedziela)
Rzeka: Pilica
Dystans: ok. 10 km
Uczestnicy: Grześ, Szpaku
Ilość kabin: 0
Temperatura odczuwalna: -4,2

Kolejny zimowy spływ Akcji Zima z aurą nieco bardziej jesienną. Tym razem moim towarzyszem przygód był Szpak, człek o wielu talentach i wielu zainteresowaniach. Tak jak i ja lubi posiedzieć nocą w lesie tak więc świetnie się dobraliśmy.

Wycieczka zaczęła się od widma awarii samochodu, na szczęście po skasowaniu błędów komputera ruszyliśmy w drogę. Po niespełna dwóch godzinach dojechaliśmy na miejsce startu.

Inowłódz.

Po małych zakupach i zdjęciu kajaków z dachu zaczęliśmy pakować sprzęt, jednak nie do łódek a na łódki. Króciutkie górskie łupinki za wiele do środka nie pomieszczą :/ Co tu wiele mówić, auto wylądowało przy pobliskim sklepie a my ruszyliśmy na rzekę. Pogoda zmienna trochę słońca trochę deszczu i chmur, silny wiatr na szczęście w plecy.

Pilica, którego odcinka bym nie płynął, niezależnie od pory roku zdaje się być bardzo płytką rzeką. Tym razem również dało się to odczuć i często musieliśmy omijajać płycizny.

Odcinek nie należał do długich a i rzeka niosła nas z prędkością w okolicach 4-5km/h. Ten dzień należał do jednego z tych leniwych i nigdzie się nie spieszyliśmy więc nie przykładaliśmy się zbytnio do wiosłowania.

W połowie trasy zaplanowanej na ten weekendowy wypad zaczęliśmy szukać dogodnego miejsca do biwaku. I tak po zejściu na brzeg pierwsze zadanie to ognisko. Przez cały dzień wiał silny wiatr, więc zdążyliśmy się wychłodzić. Po rozpaleniu ognia zabraliśmy się za rozbijanie reszty obozu i przygotowania składników na długo wyczekiwane jedzonko.

Odrobina wody ognistej w oczekiwaniu na kociołek pełen mięsiwa, warzyw i przypraw, rozmowy o tym i o tamtym, gromadzenie opału na resztę nocy, obozowe porządki. Tyle radości jednego dnia 🙂 ech. Po około 3 godzinach pichcenia długo wyczekiwana nagroda i lulu.

Dzień drugi okazał się być jeszcze bardziej leniwym od poprzedniego.

Zakładałem, że w okolicach godziny 14 będę już w domu gdy o 13 dopiero schodziliśmy na wodę. Niższy odcinek rzeki nie różnił się zbytnio od tego który płynęliśmy dzień wcześniej. Mieliśmy wrażenie, że Pilica to taka autostrada dla łabędzi, których naliczyliśmy sporą ilość. Dryftingu część dalsza zakończyła się przy moście kolejowym w miejscowości Gapinin. Po ponad godzinie szukania udało mi się znaleźć transport do Inowłodza i tak po załadunku sprzętu i rozwózce do domów udało nam się z powodzeniem zakończyć kolejny spływ tegorocznej AZ.

 

Autor: Grzesio

Zdjęcia: Grzesio

 

AZ-05 Zmrożona Jeziorka

Data: 01.12.2018 (sobota)
Rzeka: Jeziorka (Millenium-Górki Szymona/Millenium)
Dystans: ok. 4 km
Uczestnicy: Grześ, Dorotka, Wiktor, Wojtek
Ilość kabin: 0
Temperatura odczuwalna: -7

To miała być tradycyjna, zimowa Jeziorka.
Trasa dobrze znana i lubiana- z Millenium do Górek Szymona, czyli ok 9 km płynięcia.
Pogoda idealna – słonecznie i mroźno. Zbiórka punkt 9.00 pod domem, pakowanie kajaków i nad rzekę.
Klubowe towarzystwo nie dopisało, ale znaleźli się inni śmiałkowie. Pod opieką mieliśmy kolegów Grzesia – Wiktora i Wojtka.
Chłopaki to pasjonaci kitesurfingu i w każdy weekend jadą latać gdzieś nad morze. Warun nad morzem kiepski, więc poratowaliśmy kolegów zaproszeniem na zimowy spływ.
Czekając na rozwiezienie, umililiśmy sobie czas rozmową o tym, jak kitesurferzy radzą sobie zimą z niepogodą (5mm wyporne neopreny, bluzy itp). Może kiedyś wypróbuję jakiś kitesurfingowy patent na kajaku?
W końcu schodzimy na wodę – Grześ płynie pierwszy, później Wiktor i Wojtek, a ja zamykam. Mimo naszych obaw, oprócz profesjonalnego stroju, koledzy też bardzo dobrze radzą sobie w kajaku, więc początek spływu był obiecujący. Płyniemy raźnie, jednak szybko lód robi się coraz grubszy i jest go coraz więcej. Strategia płynięcia wygląda tak, że chłopaki we 3 walczą z lodem i torują drogę, a ja czekam co tam wymodzą. Mimo słońca, zaczyna mi być chłodno. Lód coraz grubszy. Jest tak gruby, że wszyscy czworo wdrapujemy się na niego i podskakujemy w kajakach celem połamania (lodu nie kajaka!). Urządzamy wyścigi posuwania się w łódkach, bez użycia rąk – śmiechu co nie miara, a i okazja dobra do rozgrzania. Zabawiając się w te i podobne sposoby, przepływamy 2 km w prawie 3h (czyli zostało nam jeszcze ok 7km). Zaczynają się pojawiać coraz większe wątpliwości co do tego, czy starczy nam sił na dalsze przebijanie się i czy w razie czego uda nam się wrócić do samochodu. Po chwili zastanowienia, postanawiamy wrócić i płynąc w górę rzeki. W między czasie robimy przerwę na herbatkę. W sumie powrót zajmuje nam około 1h, i tak po mniej więcej  4h walki z żywiołem i 4km docieramy z powrotem do samochodu.
Z niedosytem, pokonani przez rzekę wracamy do domów. Nikt nie ma wątpliwości, że podjęliśmy dobrą decyzję – zimowe dni są krótkie, a my bez odpowiedniego sprzętu do podciągania się po lodzie i tylko z dwoma termosami herbaty, bez prowiantu w mroźny dzień. Mimo porażki, to była zabawna przygoda, którą jeszcze trochę powspominam.
Autor : Dorotka

Zdjęcia : Grzesio

Data: 01.12.2018 (sobota)
Rzeka: Jeziorka (Millenium-Górki Szymona/Millenium)
Dystans: ok. 4 km
Uczestnicy: Grześ, Dorotka, Wiktor, Wojtek
Ilość kabin: 0
Temperatura odczuwalna: -7

To miała być tradycyjna, zimowa Jeziorka.
Trasa dobrze znana i lubiana- z Millenium do Górek Szymona, czyli ok 9 km płynięcia.

Pogoda idealna – słonecznie i mroźno. Zbiórka punkt 9.00 pod domem, pakowanie kajaków i nad rzekę.

Klubowe towarzystwo nie dopisało, ale znaleźli się inni śmiałkowie. Pod opieką mieliśmy kolegów Grzesia – Wiktora i Wojtka.
Chłopaki to pasjonaci kitesurfingu i w każdy weekend jadą latać gdzieś nad morze. Warun nad morzem kiepski, więc poratowaliśmy kolegów zaproszeniem na zimowy spływ.

Czekając na rozwiezienie, umililiśmy sobie czas rozmową o tym, jak kitesurferzy radzą sobie zimą z niepogodą (5mm wyporne neopreny, bluzy itp). Może kiedyś wypróbuję jakiś kitesurfingowy patent na kajaku?

W końcu schodzimy na wodę – Grześ płynie pierwszy, później Wiktor i Wojtek, a ja zamykam. Mimo naszych obaw, oprócz profesjonalnego stroju, koledzy też bardzo dobrze radzą sobie w kajaku, więc początek spływu był obiecujący. Płyniemy raźnie, jednak szybko lód robi się coraz grubszy i jest go coraz więcej. Strategia płynięcia wygląda tak, że chłopaki we 3 walczą z lodem i torują drogę, a ja czekam co tam wymodzą. Mimo słońca, zaczyna mi być chłodno. Lód coraz grubszy. Jest tak gruby, że wszyscy czworo wdrapujemy się na niego i podskakujemy w kajakach celem połamania (lodu nie kajaka!). Urządzamy wyścigi posuwania się w łódkach, bez użycia rąk – śmiechu co nie miara, a i okazja dobra do rozgrzania. Zabawiając się w te i podobne sposoby, przepływamy 2 km w prawie 3h (czyli zostało nam jeszcze ok 7km). Zaczynają się pojawiać coraz większe wątpliwości co do tego, czy starczy nam sił na dalsze przebijanie się i czy w razie czego uda nam się wrócić do samochodu. Po chwili zastanowienia, postanawiamy wrócić i płynąc w górę rzeki. W między czasie robimy przerwę na herbatkę. W sumie powrót zajmuje nam około 1h, i tak po mniej więcej 4h walki z żywiołem i 4km docieramy z powrotem do samochodu.

Z niedosytem, pokonani przez rzekę wracamy do domów. Nikt nie ma wątpliwości, że podjęliśmy dobrą decyzję – zimowe dni są krótkie, a my bez odpowiedniego sprzętu do podciągania się po lodzie i tylko z dwoma termosami herbaty, bez prowiantu w mroźny dzień. Mimo porażki, to była zabawna przygoda, którą jeszcze trochę powspominam.

Autor : Dorotka

Zdjęcia : Grzesio

AZ-04 Wisła

Data: 30.11.2018 (piątek)
Rzeka: Wisła
Dystans: ok. 4,5km
Uczestnicy: Grześ
Ilość kabin: 0
Temperatura odczuwalna: -14,9

 

Piątek, piąteczek, piątunio 🙂

Ostatni dzień miesiąca trzeba jakoś uczcić, czemu nie na wodzie.

Wczesna pobudka, kajak, auto, dzida.

Spójnia o szóstej 30 rano, wschód słońca i mroźny wiatr to zapowiedź udanego poranka 🙂

Niestety nikt nie zdecydował się mi towarzyszyć, mimo to zdecydowałem się popłynąć.

Pierwsze kilka zawiosłowań i cały kokpit i pióra wiosła pokryły się lodem.

Stan wody okazał się bardzo niski co nie ułatwiało wspinaczki w górę rzeki,

tworzący spore placki śryż również utrudniał płynięcie.

Pyranha Fusion w rozmiarze S (jedyna łódka Dorotki do której mieszczę siebie i swój beerceps) całkiem nieźle radziła sobie z moją wagą i przeszkodami na wodzie.

Dopłynięcie do mostu Śląsko-Dąbrowskiego zajęło mi nieco ponad godzinę.

Myślę że jak na krótką łódkę to niezły wynik, zwłaszcza że tempo miałem spacerowe, widoczki i kilka fotek również mnie spowalniały…

Chwilę powyżej mostu zawróciłem i spłynąłem do miejsca startu, po drodze mijając barkę ze sprzętem budowlanym.

20 minut i upragniona meta.

Ziiimno mi na myśl o tym w prawdzie krótkim lecz wietrznym i mroźnym spływie.

Jak zwykle najgorszy moment to pakowanie sprzętu i przebieranie.

To właśnie wtedy dłonie są jakby z drewna.

 

Autor: Grzesio
Galeria: Grzesio

AZ02 – Wiosłem muru nie przebijesz…

Data: 24-25/11/2018

Rzeka: Odra Zachodnia, Odra Wschodnia (dzień 1: Gryfino-Gatow, dzień 2: Gatow-Gryfino)

Dystans: dzień 1: 25 km,  dzień 2: 20 km

Uczestnicy:  Guma

Liczba kabin: 0

Temperatura odczuwalna: dzień 1: 2,3°C,  dzień 2: 4,3°C

Od dawna nosiłem się z zamiarem eksploracji zarośli Międzyodrza – systemu kanałów i niewykorzystywanych już śluz na granicy polsko-niemieckiej, najłatwiej dostępnych z Gryfina.

Zawsze jest dla mnie dużym autem jeśli podczas wycieczki mogę wypróbować nowe rozwiązania turystyczne – tym razem był to składany kajak pneumatyczny wypożyczony z Decathlonu. Spakowałem sprzęt do nocnego pociągu i skoro świt dotarłem na miejsce. Zapowiadał się wyjątkowo ponury weekend - jak na tak słoneczną jesień – więc na dobry początek skosztowałem marokańskiej zupy w lokalnej piekarni.

Po 15 min. kajak był gotowy i ruszyłem zgodnie z wcześniej obraną trasą. Szybko jednak kajak utknął w kobiercu roślin, które napotkani wędkarze nazywali wodną marchewką. Po pozbawieniu kajaka 3 stateczników, które utrudniały poruszanie się – kontynuowałem wśród niekończących się tuneli z trzcin. Atutem miejsca jest mnogość ptactwa. Wszędzie widać efekty działalności bobrów, a jeden z nich, spłoszony -przepłynął pod moim kajakiem. Po zapadnięciu zmroku planowałem dłuższą wycieczkę, ale szybko zrezygnowałem z powodu nagromadzenia zwałek, które mogły nadwyrężyć mojego dmuchańca. W nocy ze snu wybiły mnie ostre światła reflektorów i dźwięki sugerujące, że zostanę za chwilę rozjechany przez pojazd budowlany, ale była to tylko przepływająca obok barka…

Kolejny dzień był jeszcze bardziej melancholijny witając mnie miarowym stukotem deszczu. Zmobilizowało mnie do zmodyfikowania trasy i powrotu wcześniejszym pociągiem – aby monotonia szaroburego krajobrazu nie pozostała we mnie do końca roku. Po drodze zatrzymała mnie zarośnięta śluza. Napotkany wędkarz zachęcił mnie do pokonania przeszkody zapewniając o możliwości przepłynięcia. Kiedy wiosłem, kajakiem i całym ciałem utorowałem sobie drogę – oniemiałem, gdyż śluza była zamurowana! Po dotarciu do Gryfina i pospiesznym pakowaniu okazało się, że jest to najcięższy pakunek jaki niosłem – kajak wciąż zachował resztki wody. Na pociąg zdążyłem dobiec tuż przed jego odjazdem. Kajak częściowo wysuszyłem w rowerowni, przed zwrotem do Decathlonu. Następnym razem wypróbuję morskiego pneumatyka!

AZ03 – Wkra, Narew, Wisła

Dzień 1

Data: 24.11.2018 (sobota)
Rzeka: Wkra (Pomiechówek – ujście do Narwi), Narew (do ujścia do Wisły), Wisła (do wyspy na wys. Mochty-Smok)
Dystans: ok. 17 km
Uczestnicy: Grześ, Tomek, Dominik, Maciek Sz.
Ilość kabin: 0
Temperatura odczuwalna: -4,1

Dzień 2

Data: 25.11.2018 (niedziela)
Rzeka: Wisła (wyspa – Czerwińsk)
Dystans: ok. 20 km
Uczestnicy: Grześ, Tomek, Dominik, Maciek
Ilość kabin: 0
Temperatura odczuwalna: +2,3

Listopadowy weekend z idealną pogodą. Temperatura na niewielkim plusie, deszcz na zmianę z mżawką, mgła. Czy można go spędzić lepiej, niż pływając kajakiem i biwakując?

Odpowiedziawszy sobie na to retoryczne pytanie, około południa spuściliśmy się na wodę w Pomiechówku na Wkrze. Miejsce startu to punkt, gdzie latem spotkać można setki kajaków i kajakarzy, kończących tam spływy komercyjne. Teraz, z niewyjaśnionych przyczyn, nie było tam oprócz nas nikogo.
Po kilku kilometrach Wkry, przebytych bez wielkich emocji, dotarliśmy do Narwi. Tu okazało się, że nie jesteśmy sami! Zaczął się pościg za samotnym kajakarzem – nie można go było nie spytać, co tam właściwie robi?!? Zamieniliśmy kilka zdań, wymieniliśmy opinie o pogodzie, że sprzyjająca, bo w sumie nie jest zimno i w ogóle nie wieje i popłynęliśmy dalej.

Kajakarze Tomek i Dominik zrobili trochę zdjęć mijanej Twierdzy Modlin i dotarliśmy do Wisły. Tutaj, mijając Zakroczym, zostaliśmy zaskoczeni pogodą – była mżawka i mgła, dla odmiany.

Kiedy dopłynęliśmy do upatrzonej na mapie wyspy, było prawie ciemno, mokro, wiało mniej więcej ze wschodu, powodując, że rozległa plaża, gdzie chcieliśmy biwakować, była nawietrzna i zimna, co poznaliśmy po lekkich dygotach po wyjściu z kanady. Jeszcze mokra była, też. Dlatego popłynęliśmy kawałek dalej, skutkiem czego kończyliśmy po ciemku, za to z widocznością ograniczoną silnie mgłą. Wisła przypomniała nam dobitnie, że jest jak kobieta, zmienna. Pamiętałem to miejsce z przytulnego biwaku ze stycznia 2017r. – wyglądało zupełnie inaczej.

Biwak między drzewami był ciepły, przytulny i suchy, z dokładnością do tego, że dalej była mgła i mżawka. Pozostało rozkoszować się przyrodą i zaliczyć punkty za przysmaki. Grzegorz – za wyśmienitą zupę gulaszową. Ostrą, bardzo. Na szczęście ogór kiszony gasił płomienie w naszych ustach. Na popitkę – nalewka z wiśni z RODOS, rosnących w sercu dzikiego Mokotowa, naturą nie skażonego, autorstwa piszącego tę relację. Na deser, już rano, banany z czekoladą pieczone na żarze.

Drugiego dnia, w niedzielę, już bez deszczu, w ekspresowym tempie bo po zaledwie 3 godzinach śniadania, zebraliśmy się i spłynęliśmy do Czerwińska Wisłą. Płynęliśmy około trzech godzin, próbując podziwiać szaro-ponury krajobraz krajobraz przez wciąż zalegającą mgłę. Ważne, że nie siedzieliśmy w betonach. W Czerwińsku skorzystaliśmy z uprzejmości miejscowej ludności, która podwiozła nam kierowców na parking pod jednym z niewielu w Polsce romańskich kościołów, dzięki czemu sprawnie zapakowaliśmy się na powrót do Warszawy.

Czekamy na śnieg i mróz, żeby zrobić kolejny spływ z biwakiem.