AZ09 Jeziorka 5-6.01.2019

Dzień 1

Data: 05.01.2019 (sobota)
Rzeka: Jeziorka
Dystans: ok. 3 km
Uczestnicy: Grześ, Tomek N., Maciek, Szpaku
Ilość kabin: 0
Temperatura odczuwalna: -10,3

Dzień 2

Data: 06.01.2019 (niedziela)
Rzeka: Jeziorka
Dystans: ok. 4 km
Uczestnicy: Agata, Grześ, Tomek N., Maciek, Szpaku
Ilość kabin: 0
Temperatura odczuwalna: -16,8

Śniegu trochę napadało, a w niedzielę chwycił mrozek – postanowiłam wykorzystać tę piękną aurę na pływanie kajakiem (bo dawno nie pływałam). Grzesiek zorganizował dwudniową Jeziorkę z biwakiem, ale aż takim hardcorem to ja nie jestem. Jeden dzień pływania mi wystarczy. Umówiliśmy się, że dołączę w niedzielę w okolicach miejsca biwaku.

Dojechałam na umówione miejsce nad rzeką bez problemu i po chwili przypłynął Grzesiek ciągnąc za sobą „fristajlówko-bagażówkę”, którą zostawiliśmy u mnie w samochodzie, żeby nie musiał ciągnąć jej przez resztę trasy. Po chwili pojawili się pozostali Panowie czyli Tomek oraz Maciek i Szpak (koledzy Grzesia). Towarzyszyła im też jedna kobieta, choć trochę niekompletna – składała się głownie z piersi.

Poprzedni dzień i noc został mi krótko zrelacjonowany. Było fajnie, trochę zimno (szczególnie w nocy) i trochę wiało (nad ranem). Było ognisko, był kociołek i inne męskie atrakcje…

Ruszyliśmy. Nie za szybko. Koledzy na szklanej dwójce mieli takie hobby, że co jakiś czas wysiadali na brzeg i przenosili sobie kajak o drzewko lub dwa dalej. Co kto lubi 🙂 My w tym czasie płynęliśmy sobie leniwie od czasu do czasu przeskakując jakąś zwałkę. Trasa krótka, przyjemna, ale nie nudna – w sam raz na akcję zima. Jedno drzewko nie dało się przeskoczyć, a przynajmniej nikt nie chciał sprawdzać czy się da w tych warunkach. (A co jak się okaże, że się nie da?!) Tu my też sprawdziliśmy czy fajnie jest chodzić po brzegu z kajakiem. Całkiem fajnie, ale jednak wolę pływanie. Zrobiliśmy sobie przy okazji krótką przerwę na herbatkę i selfika i po chwili polecieliśmy dalej w kierunku mety.

Na mecie czekała dostawa ciepłej herbatki. Szybkie odzyskanie samochodów, pożegnanie i każdy pojechał do domu. Kolejny spływ AZ za nami. Do następnego!

Autor: Agata
Zdjęcia: Grzesio

 

 

 

 

 

 

 

AZ-07 Bystrze 26.12.18

Data: 26.12.2018 (Środa)
Rzeka: Świder (most kolejowy-Holiday Inn)
Dystans: ok. 2 km
Uczestnicy: Grześ
Ilość kabin: 0
Temperatura odczuwalna: -6,1

Środa, drugi dzień świąt piękna szaruga za oknem, czemu więc nie wyskoczyć na chwilę nad wodę. Miejsce wszystkim dobrze znane i lubiane, o tej porze roku rzadko odwiedzane. W tym roku wody w Świdrze jak na lekarstwo, nawet podczas kursu było jej mniej, trzeba więc korzystać. Mokro, zimno, nie chce się wyjść z auta, w końcu jednak się przemogłem i zszedłem na wodę po wcześniejszej rozgrzewce.

I tak troszkę ćwiczeń na bystrzu, promowania, trawersy, wyjścia na nurt. Nie był bym jednak sobą gdybym choć przez chwilę nie po pobawił się freestylowo, w końcu taki kajak zabrałem. I tak co jakiś czas dmuchając i chuchając w ręce na przemian z ćwiczeniami doczekałem się ekipy, która w tym czasie płynęła z Woli Karczewskiej. Jeszcze parę minut zabawy i pognałem za resztą pod Holidaya, przywitałem się z morsami i z wody 🙂

 

Autor: Grzesio

Zdjęcia: Dorotka, Grzesio

AZ-08 Nietradycyjny spływ świąteczny

Data: 26.12.2018 (środa)
Rzeka: Świder (Wola Karczewska – Holiday parking)
Dystans: 17,7 km
Uczestnicy: Olga G., Mielizna, Ciastek, Guli, Ruru, Żabeł, Zoha i Konrad
Ilość kabin: 0
Temperatura odczuwalna: -6,1

W tym roku, zupełnie ta samo jak w poprzednim, Spływ świąteczny wypadł w środę 🙂
Udało się zmobilizować uczestników, żeby zacząć wcześniej i pomimo świątecznego rozleniwienia wszyscy punktualnie o 8:00 stawili się w magazynie, żeby po przepaku na 2 auta ruszyć na ulubioną atrakcję świąteczną, czyli Świder.
Droga dłużyła się strasznie, rozdzieliliśmy się na 2 grupy, żeby sprawdzić, którą trasą będzie szybciej ;-P
Po drodze podziwialiśmy powstającą południową obwodnicę Warszawy, śp. lotnisko w Góraszce i kilka innych rzeczy.
I jak się okazało – przez Zakręt i Wiązowną jest szybciej.
W czasie, gdy z Ciachem rozwoziliśmy fury, oczekująca drużyna ubrała choinkę, bo to w końcu Spływ świąteczny. Hoinka ubrał się sam 😛 I tym sposobem było bardzo świątecznie.
Na wodę, we wspaniałych nastrojach, zeszliśmy punktualnie o 9:38 i treningowym tempem ruszyliśmy „ku przygodzie”.
Zabraliśmy Hoinkę ze sobą.
Tempo było wyścigowe, napotkaliśmy kilka przeszkód, kilka razy dogrzewaliśmy się herbatkami i tak dopłynęliśmy do bystrza w Józefowie/wiu, gdzie dzielnie fristajle trenował Grzesio, a z brzegu kibicowała mu zmarznięta Dorotka.
Udało nam się namówić ich na wspólne, krótkie biesiadowanie na mecie i już po kilku zawiosłowaniach siedzieliśmy przebrani w suche ubranka przy świątecznym stole, gdzie gościły ciasta, bigosy, pierożki, pierniczki i wiele innych smakołyków, oraz herbaty świata. Gościnnie dołączyli do nas Ewa z Rafałem i Gosią.
Popływane, pojedzone, świąteczne kalorie przepalone, można wracać do domów.
Niestety z lekkim niedosytem, bo w tym roku nikt nie zrobił tradycyjnej kabiny 🙁 Może w przyszłym roku ……. Zobaczymy 😉

Autor: Konrad
Foty: Konrad

AZ-06 Pilica 22-23.12.18

Dzień 1

Data: 22.12.2018 (sobota)
Rzeka: Pilica
Dystans: ok. 10 km
Uczestnicy: Grześ, Szpaku
Ilość kabin: 0
Temperatura odczuwalna: bez klasyfikacji

Dzień 2

Data: 23.12.2018 (niedziela)
Rzeka: Pilica
Dystans: ok. 10 km
Uczestnicy: Grześ, Szpaku
Ilość kabin: 0
Temperatura odczuwalna: -4,2

Kolejny zimowy spływ Akcji Zima z aurą nieco bardziej jesienną. Tym razem moim towarzyszem przygód był Szpak, człek o wielu talentach i wielu zainteresowaniach. Tak jak i ja lubi posiedzieć nocą w lesie tak więc świetnie się dobraliśmy.

Wycieczka zaczęła się od widma awarii samochodu, na szczęście po skasowaniu błędów komputera ruszyliśmy w drogę. Po niespełna dwóch godzinach dojechaliśmy na miejsce startu.

Inowłódz.

Po małych zakupach i zdjęciu kajaków z dachu zaczęliśmy pakować sprzęt, jednak nie do łódek a na łódki. Króciutkie górskie łupinki za wiele do środka nie pomieszczą :/ Co tu wiele mówić, auto wylądowało przy pobliskim sklepie a my ruszyliśmy na rzekę. Pogoda zmienna trochę słońca trochę deszczu i chmur, silny wiatr na szczęście w plecy.

Pilica, którego odcinka bym nie płynął, niezależnie od pory roku zdaje się być bardzo płytką rzeką. Tym razem również dało się to odczuć i często musieliśmy omijajać płycizny.

Odcinek nie należał do długich a i rzeka niosła nas z prędkością w okolicach 4-5km/h. Ten dzień należał do jednego z tych leniwych i nigdzie się nie spieszyliśmy więc nie przykładaliśmy się zbytnio do wiosłowania.

W połowie trasy zaplanowanej na ten weekendowy wypad zaczęliśmy szukać dogodnego miejsca do biwaku. I tak po zejściu na brzeg pierwsze zadanie to ognisko. Przez cały dzień wiał silny wiatr, więc zdążyliśmy się wychłodzić. Po rozpaleniu ognia zabraliśmy się za rozbijanie reszty obozu i przygotowania składników na długo wyczekiwane jedzonko.

Odrobina wody ognistej w oczekiwaniu na kociołek pełen mięsiwa, warzyw i przypraw, rozmowy o tym i o tamtym, gromadzenie opału na resztę nocy, obozowe porządki. Tyle radości jednego dnia 🙂 ech. Po około 3 godzinach pichcenia długo wyczekiwana nagroda i lulu.

Dzień drugi okazał się być jeszcze bardziej leniwym od poprzedniego.

Zakładałem, że w okolicach godziny 14 będę już w domu gdy o 13 dopiero schodziliśmy na wodę. Niższy odcinek rzeki nie różnił się zbytnio od tego który płynęliśmy dzień wcześniej. Mieliśmy wrażenie, że Pilica to taka autostrada dla łabędzi, których naliczyliśmy sporą ilość. Dryftingu część dalsza zakończyła się przy moście kolejowym w miejscowości Gapinin. Po ponad godzinie szukania udało mi się znaleźć transport do Inowłodza i tak po załadunku sprzętu i rozwózce do domów udało nam się z powodzeniem zakończyć kolejny spływ tegorocznej AZ.

 

Autor: Grzesio

Zdjęcia: Grzesio

 

AZ-05 Zmrożona Jeziorka

Data: 01.12.2018 (sobota)
Rzeka: Jeziorka (Millenium-Górki Szymona/Millenium)
Dystans: ok. 4 km
Uczestnicy: Grześ, Dorotka, Wiktor, Wojtek
Ilość kabin: 0
Temperatura odczuwalna: -7

To miała być tradycyjna, zimowa Jeziorka.
Trasa dobrze znana i lubiana- z Millenium do Górek Szymona, czyli ok 9 km płynięcia.
Pogoda idealna – słonecznie i mroźno. Zbiórka punkt 9.00 pod domem, pakowanie kajaków i nad rzekę.
Klubowe towarzystwo nie dopisało, ale znaleźli się inni śmiałkowie. Pod opieką mieliśmy kolegów Grzesia – Wiktora i Wojtka.
Chłopaki to pasjonaci kitesurfingu i w każdy weekend jadą latać gdzieś nad morze. Warun nad morzem kiepski, więc poratowaliśmy kolegów zaproszeniem na zimowy spływ.
Czekając na rozwiezienie, umililiśmy sobie czas rozmową o tym, jak kitesurferzy radzą sobie zimą z niepogodą (5mm wyporne neopreny, bluzy itp). Może kiedyś wypróbuję jakiś kitesurfingowy patent na kajaku?
W końcu schodzimy na wodę – Grześ płynie pierwszy, później Wiktor i Wojtek, a ja zamykam. Mimo naszych obaw, oprócz profesjonalnego stroju, koledzy też bardzo dobrze radzą sobie w kajaku, więc początek spływu był obiecujący. Płyniemy raźnie, jednak szybko lód robi się coraz grubszy i jest go coraz więcej. Strategia płynięcia wygląda tak, że chłopaki we 3 walczą z lodem i torują drogę, a ja czekam co tam wymodzą. Mimo słońca, zaczyna mi być chłodno. Lód coraz grubszy. Jest tak gruby, że wszyscy czworo wdrapujemy się na niego i podskakujemy w kajakach celem połamania (lodu nie kajaka!). Urządzamy wyścigi posuwania się w łódkach, bez użycia rąk – śmiechu co nie miara, a i okazja dobra do rozgrzania. Zabawiając się w te i podobne sposoby, przepływamy 2 km w prawie 3h (czyli zostało nam jeszcze ok 7km). Zaczynają się pojawiać coraz większe wątpliwości co do tego, czy starczy nam sił na dalsze przebijanie się i czy w razie czego uda nam się wrócić do samochodu. Po chwili zastanowienia, postanawiamy wrócić i płynąc w górę rzeki. W między czasie robimy przerwę na herbatkę. W sumie powrót zajmuje nam około 1h, i tak po mniej więcej  4h walki z żywiołem i 4km docieramy z powrotem do samochodu.
Z niedosytem, pokonani przez rzekę wracamy do domów. Nikt nie ma wątpliwości, że podjęliśmy dobrą decyzję – zimowe dni są krótkie, a my bez odpowiedniego sprzętu do podciągania się po lodzie i tylko z dwoma termosami herbaty, bez prowiantu w mroźny dzień. Mimo porażki, to była zabawna przygoda, którą jeszcze trochę powspominam.
Autor : Dorotka

Zdjęcia : Grzesio

Data: 01.12.2018 (sobota)
Rzeka: Jeziorka (Millenium-Górki Szymona/Millenium)
Dystans: ok. 4 km
Uczestnicy: Grześ, Dorotka, Wiktor, Wojtek
Ilość kabin: 0
Temperatura odczuwalna: -7

To miała być tradycyjna, zimowa Jeziorka.
Trasa dobrze znana i lubiana- z Millenium do Górek Szymona, czyli ok 9 km płynięcia.

Pogoda idealna – słonecznie i mroźno. Zbiórka punkt 9.00 pod domem, pakowanie kajaków i nad rzekę.

Klubowe towarzystwo nie dopisało, ale znaleźli się inni śmiałkowie. Pod opieką mieliśmy kolegów Grzesia – Wiktora i Wojtka.
Chłopaki to pasjonaci kitesurfingu i w każdy weekend jadą latać gdzieś nad morze. Warun nad morzem kiepski, więc poratowaliśmy kolegów zaproszeniem na zimowy spływ.

Czekając na rozwiezienie, umililiśmy sobie czas rozmową o tym, jak kitesurferzy radzą sobie zimą z niepogodą (5mm wyporne neopreny, bluzy itp). Może kiedyś wypróbuję jakiś kitesurfingowy patent na kajaku?

W końcu schodzimy na wodę – Grześ płynie pierwszy, później Wiktor i Wojtek, a ja zamykam. Mimo naszych obaw, oprócz profesjonalnego stroju, koledzy też bardzo dobrze radzą sobie w kajaku, więc początek spływu był obiecujący. Płyniemy raźnie, jednak szybko lód robi się coraz grubszy i jest go coraz więcej. Strategia płynięcia wygląda tak, że chłopaki we 3 walczą z lodem i torują drogę, a ja czekam co tam wymodzą. Mimo słońca, zaczyna mi być chłodno. Lód coraz grubszy. Jest tak gruby, że wszyscy czworo wdrapujemy się na niego i podskakujemy w kajakach celem połamania (lodu nie kajaka!). Urządzamy wyścigi posuwania się w łódkach, bez użycia rąk – śmiechu co nie miara, a i okazja dobra do rozgrzania. Zabawiając się w te i podobne sposoby, przepływamy 2 km w prawie 3h (czyli zostało nam jeszcze ok 7km). Zaczynają się pojawiać coraz większe wątpliwości co do tego, czy starczy nam sił na dalsze przebijanie się i czy w razie czego uda nam się wrócić do samochodu. Po chwili zastanowienia, postanawiamy wrócić i płynąc w górę rzeki. W między czasie robimy przerwę na herbatkę. W sumie powrót zajmuje nam około 1h, i tak po mniej więcej 4h walki z żywiołem i 4km docieramy z powrotem do samochodu.

Z niedosytem, pokonani przez rzekę wracamy do domów. Nikt nie ma wątpliwości, że podjęliśmy dobrą decyzję – zimowe dni są krótkie, a my bez odpowiedniego sprzętu do podciągania się po lodzie i tylko z dwoma termosami herbaty, bez prowiantu w mroźny dzień. Mimo porażki, to była zabawna przygoda, którą jeszcze trochę powspominam.

Autor : Dorotka

Zdjęcia : Grzesio