AZ04- Listopadowy Wel

data: 25.11.2017 r.

trasa: Lidzbark -Trzcin

dystans: 15 km

uczestnicy: Tomek, Grześ, Mateusz, Edzia, Artur, Kasia K

temperatura odczuwalna: 0,6 st.C

„A może do Piekła? „. Wel kusił stosunkowo wysokim stanem wody (109 cm). Wyruszyliśmy o szóstej rano, dwoma samochodami -Tomek z Grześkiem oraz Edzia z Kasią i Mateuszem (tegoroczni kursanci w przewadze liczebnej!). W Lidzbarku, na starcie, dołączył do nas Artur, lokalny „gajd”, jak to go Groszek określił.

Ledwo założyliśmy fartuchy, podjechało do nas dwóch uprzejmych panów i ostrzegło przed kablami. Pod wodą. Edzia zapytała podejrzliwie, czy te kable aby nie pod napięciem. Panowie zaprzeczyli, a kiedy obiecaliśmy, że nie będziemy się wywracać we wrażym punkcie, odjechali. Spotkaliśmy ich jednak za kilka minut. Trzymali te kable, łagodnie opadające na dno rzeki i wzmagali naszą czujność.

Czy w samochodzie trochę chciało się spać? Trochę tak.  Ale kiedy znaleźliśmy się na wodzie, nikt nie żałował wczesnej pobudki- okolica spowita była mgłą, z której wyłaniały się ciemne sylwetki drzew, było bardzo cicho i tylko my sobie sunęliśmy raz to pośród zarośli, raz dnem jaru o pokrytych liśćmi stokach. Po „groźnym Welu” i jego „górskim sznycie” na razie ni słychu, ni widu. Nawet zwałki nie użyliśmy na początku.  Można się było za to poprzyglądać pałkom wodnym i grzybkom rosnącym na wystających z wody pniakach.

Ciekawe było może to, że Artur (płynął w awangardzie- trochę to niby prowadził, ale tak na prawdę to wypatrywał okazów fauny) wypatrzył okaz fauny- mianowicie łosia. Krzyknął „o, łoś!”. Wszyscy wtedy też krzyknęliśmy: łoś! łoś!- jedno do drugiego, ale to Artur go widział, a Edzia widziała, jak uciekał. Widzieliśmy sarny (Mateusz) i jakieś drapieżne ptaszydła (Edzia i Kasia i Mt też ). Trudno było też przeoczyć  ślady bobrzej działalności. Grzesiek chyba płoszył wszelkiego zwierza, a Tomek to nie wiem, bo płynął na końcu, gdzie oddawał się fotografowaniu okolicy i kręcił eskimoski dla ochłody. (W końcu temperatura była dodatnia:  0,6 st C, jak skwapliwie podał Grześ).

Po godzinie pluskania się, zaczęło robić się ciekawiej.

Pojawiły się pierwsze zwałkowe przeszkody. Przy jednej z nich Kasia, która guzdrała się na zakręcie, wpadła w habaziowe objęcia- niestety, nie chodzi tu o miłych panów, ale sieć niewinnie wyglądających gałęzi. „Po te dwa kabinkowe punkty AZ  wybrałam się na Wel!”  pomyślała sobie pewnie na pocieszenie, człapiąc w mule na brzeg. Co prawda czapka zaginęła gdzieś w odmęcie, ale postój był okazją do wypicia bardzo smacznej herbaty (imbir, goździki, cytryna, miód!).

A potem zrobiło się na prawdę przyjemnie i ciekawie, bowiem zaczęło się owo przesławne Piekiełko- i piszę to ja, co to jeszcze dwa razy zmieniała czapkę 😀  więc można mi wierzyć. Wody było sporo i przeszkód też, zdarzyło się nawet bystre miejsce, sposobne do ćwiczenia promowania, gdzie zabawiliśmy kilka minut. Do atrakcji niezaplanowanych, ale znaczących należało też z pewnością uwalnianie  zaklinowanego pod drzewem w silnym nurcie Prijona. Mimo takiej przygody i tak dotarliśmy na metę w Trzcinie dużo wcześniej, niż zakładaliśmy-  po czterech godzinach i kwadransie.

Myślę, że wszyscy zaliczą ten śmiały wypad na północ do sobót przyjemnie spędzonych- niechaj o tym świadczy chociażby uśmiechnięte ostatnie zdjęcie.

napisała Kasia K ( nie mam ksywki, chociaż Grzesiek zaproponował „mordercę czapek”..)

AZ03 – Białka

Białka, 19.11.2017

Ekipa: Agata, Marta, Bożena, Krystynka, Ania, Monika, Kaśka, Star, Konrad i Niedźwiedź

Foto: Konrad

Mapka: Agata

 

Kiedy woda z wąskiego dotąd koryta rzeki rozlała się szeroko, a nurt jeszcze bardziej uspokoił, było już wiadomo, że trzeba zachować czujność. Szum spadającej wody, początkowo cichy, niepokojąco się wzmagał. „Odwój jak autobus!” usłyszałam z dołu drżący głos Konrada. Wzięłam głęboki oddech, chwyciłam mocniej wiosło. A zapowiadało się tak niewinnie…

„Ciekawe, czy będzie woda, na mapie Białka wygląda jak niewielki kanałek, w pewnym momencie w ogóle znika” – usłyszałam rano urywek rozmowy. To głos Agaty. Stałam właśnie w Howie i w szarym świetle z otwartej bramy wybierałam wiosło. Kamizelka, fartuch, kajak. Możemy jechać. Gdyby był to blog podróżniczy, napisałabym, że dzielna ekipa Habazianek i Habaziów wyruszała na eksplorację dzikiej i nieodkrytej dotąd rzeki Białki. Czyn tym bardziej zuchwały, że nosi ona mrożące krew w kajakarskich żyłach imię swojej górskiej siostry. Ale nie jestem podróżniczką, więc napiszę, że planowaliśmy po prostu wycieczkę. Płynięcie bez większej spiny, w tempie spacerowym.

Dobrze, że nie wzięłam dłuższego wiosła – pomyślałam dwie godziny później, patrząc z mostu na wąziutkie koryto rzeki. Przynajmniej nie będzie zaczepiać o brzeg. Ruszyliśmy w jedynym możliwym szyku – gęsiego. Ale poczekajmy, nie wiadomo, co kryje się za zakrętem.

 

Wodospad! Wodospad! – słyszę przed sobą. Konrad pokonuje niewielki stopień jako pierwszy, wskazuje drogę płynięcia i instaluje się na swoim stanowisku fotoreportera. Chlup, chlup, wszyscy są już na dole progu. Foto. Foto. Foto. Doskonały początek, a będzie jeszcze lepiej.

Co zakręt to zwałka. Każdy ma swój ulubiony sposób na pokonywanie przeszkód. Ja przeciskam się dołem – płasko. Niedźwiedź woli bokiem. Monika korzysta z technik ratunkowych i opiera się o kajak współuczestniczki. Tutaj trzeba będzie się zanurzyć i przesunąć pod spodem – zawyrokowała Marta spoglądając na wąską szczelinę między lustrem wody a kolejnym zwalonym drzewem. Żaden problem, nie będziemy przecież wychodzić z kajaka.

Pokonywanie zwałek górą wymaga już od nas większej współpracy. Star, kiedy tylko zobaczył rysujący się przed nami gałęziowy Giewont, ruszył do ataku i już przed nami maluje się przełęcz uklepanego pod ciężarem kajaka materiału. Na kolejnej zwałce Konrad wyskakuje ze swojego błyszczącego granatowego kajaka i raz-dwa pomaga nam przedostać się na drugą stronę. Skacze Krystynka. Dwa ruchy wiosłem i Ania z Agatą są już po drugiej stronie. Po chwili Bożena wyprzedza wszystkich i napływa na wystającą z wody gałąź – dzięki temu my przepływamy nad zielono-brązową przeszkodą bez większych kłopotów. Sarny uciekają w popłochu, widać tylko migające jasne plamy i słychać tupot racic. Przed nami mostek, drzewo, kładka. Wspinanie się na wiosłach mamy opracowane a podciąganie na gałęziach – przećwiczone.

Na zakolu rzeki Monika wychodzi i podnosi po prostu kolejny zwalony pień. Można też przerzucić przeszkodę nad sobą (lub innymi) siedząc w kajaku – po co się gimnastykować. Ta technika to dobry test na zaufanie, refleks i siłę. Zdążę przepłynąć i uniknę guza? Nie zdążę? Pomaganie przy zwałkach czasem kończy się jednak niespodziewaną kąpielą. Najbardziej ambitna uczestniczka spływu wysunęła się w ten sposób na czoło peletonu Akcji Zima, a lider rankingu poczuł oddech konkurencji na plecach.

Zaczęło robić się szarawo, więc przyspieszamy tempa. Wszyscy wiosłują w skupieniu. Zwałka. Drzewo. Ślady bobra.

Kiedy przy końcu odcinka woda z wąskiego dotąd koryta rzeki rozlała się szeroko, a nurt bardziej uspokoił, było wiadomo, że czeka nas jeszcze jedna przeprawa. „Odwój jak autobus!” roześmiał się Konrad, już z dołu progu, szykując aparat. Szum wody wzmagał się obiecująco, biała piana czekała. Niewinnie zapowiadająca się Białka pokazała jednak swoje pazury. Mazowieckie. No to hop.

 

 

AZ02 – Jeziorka

Co: Jeziorka, Łoś → Górki Szymona
DATA: 18.11.2017
Temperatura odczuwalna: -3.0
Skład: Ogór, Magda, Szymon, Konrad, Mateusz

Punkt 08 na plac HOWu wjeżdża Konrad swoim wspaniałym kajakowozem. W minut 10 ładujemy szpej i ruszamy po Magdę. O 09 spotykamy się z Ogórem i Szymonem w Górkach Szymona. Tam przepak do jednego samochodu i hajdana na start do Łośa.

Jest 0930, na starcie wita nas słonce i miłe, chłodne powietrze. Ładujemy się do kajaków i ruszamy. Na trasie jest kilka zwałek, jedna duża tak, że musimy ją obejść.

Czas szybko mija, w miarowym tempie uderzania wiosłem o wodę. Około 1205 dopływamy na półmetek, tam zjadamy skrzętnie przygotowane maszkiety. Z dalszą trasą nie zwlekamy zbyt długo, dlatego że niska temperatura na brzegu wydaje się dotkliwsza niż w kajaku.

Około 1350 dopływamy do Górek Szymona, gdzie pijemy łyków kilka ciepłej herbaty i kończymy spływ 🙂

Kilka uwag, które przychodzą mi na myśl po tym spływie to:
– wziąć ze sobą drugą czapkę na wypadek, gdyby ta pierwsza zamokła
– zabrać przysmaki, które nie będą twarde jak kości
– zapisywać się w arkuszu na spływy w ramach AZ


Mateusz L.

Babajaki

Przepis na Babajaki

Składniki:
Habagrzanki
Kajaki
Jedzonko
Przyjemności
Trochę planu

Wykonanie : Na oko

Pomysł na babski wyjazd kajakowy dojrzewał w naszych głowach długo, ale ostatecznie do jego realizacji przystąpiłyśmy bardzo spontanicznie i błyskawicznie, wymieniając przy tej okazji jedyne 100 e-maili. Kolejne 100 wciąż się pisze. Planowanie wyjazdu przebiegało w oparach nieświadomego zachwytu, a każdemu nietypowemu pomysłowi towarzyszyła fala dziewczęcych pisków i euforii. Chciałyśmy żeby było przyjemnie, nawet kosztem powiększenia gabarytów bagażu. Nie mogłyśmy przecież nie zabrać spieniaczki do mleka, czy kieliszków do wina.

Założenia były proste i dla każdej oczywiste. Jedziemy do Austrii, gotujemy pyszności, mamy czas na wszelkie przyjemności, no i oczywiście pływamy.  Realizacja planu wydawała się banalna. Jednakże los bardzo szybko zaczął weryfikować naszą zaradność, przepalając żarówkę H7 w Żabowozie, czy zmuszając do stawienia czoła trojańskim fortelom. I choć bardzo chętnych do pomocy nie brakowało, z każdym utrudnieniem poradziłyśmy sobie same, będąc wierne wyjazdowej zasadzie „testosteron free”.

Oczywiście nie chodziło o udowadnianie czegokolwiek – po prostu wiedziałyśmy, że damy sobie radę i postawiłyśmy na wzajemne zrozumienie. Priorytetów,  które na pewno nie przeszłyby w koedukacyjnym składzie, w naszej uroczej grupie nie trzeba było ustalać – jedzonko i przyjemności first.

Utwierdziłyśmy się też w przekonaniu, że jedzonko i kajaki, stanowią duet doskonały. Toast arbuzowym ponczem nad Lammer’em, śniadanie z placuszkami owsianymi przystrojonymi malinowym dżemem, nutellą i masłem orzechowym nad Lieser’em, a na deser po Defereggenbach’u, serowe oponki.

Ukoronowaniem wyjazdu był dla nas nocleg u brzegu jeziora Hallstatt, pod magicznie rozgwieżdżonym niebem i obserwowanie z kieliszkiem w ręku deszczu Perseidów. Oby wszystkie marzenia się spełniły! Jedno już na pewno za nami 🙂

Zachwyt poprzedzający wyjazd nie był  na wyrost – wszystko wyszło cudownie, pysznie, a każda na bieżąco potwierdzała, że czuje się szczęśliwa. Zdobyte podczas kabin i akcji ratunkowych siniaki warte są tego sportu.
Nasz przepis sprawdził się idealnie, a co najważniejsze, mamy apetyt na więcej!

Babajaki 2017

Flickr Album Gallery Powered By: Weblizar

AZ5 – AZ7 Zimowa Wda 2017

Relacja z AZ05 – Zimowa Wda 2017 – dzień 1

Data: 24 marca 2017,  g. 10:00

Rzeka: Wda na odcinku Szlaga – Błędno

Dystans: 17,2 km

Uczestnicy: Konrad, Staszek, Edzia, Karolinka, Agata N., Guma, Ogór, M”Ańka,

Temperatura odczuwalna: -10,3 st.C

Punkty Akcji Zima: 12,3

Były tej zimy wyjazdy w góry na deskę i biegówki, na deszczowe wyspy – rowerem, ale  trzeba w końcu rozpocząć sezon kajakowy! Jest ku temu okazja – coroczna impreza kajakowa Zimowa Wda. Okazja, aby sprawdzić siebie i ciuchy w zimowych warunkach, do nawiązania kontaktów z innymi klubami, okazja do  współzawodnictwa oraz potańcowania! Niektórzy już byli na tego typu imprezach, opowiadają legendarne historie, bynajmniej nie o wyczynach kajakowych… Na imprezie ma być ok. 200 osób, a ja nie przepadam za zatłoczoną rzeką, ale jestem ciekawy kto przyjedzie, jakiego sprzętu preferują kajakarze z innych klubów i czy damy radę jako Habazie z nimi konkurować w przewidzianym wyścigu i kilku konkurencjach.

Poranek zaczyna się od oficjalnych przemówień, które jednak szybko ucina narastająca zawieja śnieżna. Pakujemy się do autobusów, po drodze gubię moich kompanów i w samotności przemierzam sosnowe lasy Wdeckiego Parku Krajobrazowego. Na starcie znów rozstaję się z kompanami z klubu, którzy zziębnięci oczekiwaniem na kajaki bezzwłocznie wodują się, podczas gdy ja dostosowuję do siebie klubowego Prijona Choppera. Wypływam, gdy leniwie z nieba sypie mokry śnieg. W sumie szczególnie nie marznę – oprócz dłoni skrytych w neoprenowych rękawiczkach, które dostałem od Mikołaja na klubowej Wigilii. Na początku w kajaku czuję się nieswojo, zaczynam wiosłować moim całkiem nowym nabytkiem – Rapą w kolorze soczystego mango, która kontrastuje z szarościami pochmurnego zimowego poranka. Po kilkunastu minutach wchodzę w miarowy rytm. Na wodzie przeważają turystyczne jedynki i dwójki oraz  kajaki morskie – kajaków górskich właściwie nie widać. Ptactwa, ani innych zwierząt też nie ma, choć tereny zalesione i urokliwe – widocznie skryły się wystraszone tak liczną obecnością ludzi. Na rzece brak właściwie przeszkód, ale nudno nie jest gdyż krajobraz ciągle się zmienia wzdłuż meandrującej  rzeki. Rozgrzewam się i ręce powoli odmarzają. W oddali rozpoznaję kajaczek ceniącej sobie spokój Karolinki, w której miłym towarzystwie spędzam większość pozostałej trasy.

Na miejscu czeka na nas autobus. W powrocie zagaduję do mojego współpasażera. Okazuje się, że to pan Janek Łucki – weteran kajakarstwa, długodystansowiec, dla którego dzień bez kajaka to dzień stracony. Wdę płynął już ponad 50 razy! Po powrocie oczekiwany obiad, a później planszówki – Dixit, Metro i klasyka wyjazdów kajakarskich – Niagara. Wieczorem zaś  pogawędka z  kolegami z wrocławskiego Wiadrusa i dancing całą noc. Może spływ był krótki, przy tej imprezie ważniejszy jest aspekt towarzyski.

relacja by Guma


Relacja z AZ06 – Zimowa Wda 2017 – dzień 2

 

data: 25.02.2017 r.

trasa: Błędno – Stara Rzeka

dystans: 12,8 km

uczestnicy: Agata, Edzia, Guma, Karolinka, Konrad, Mania, Ogór, Staszek, Szymon

Temperatura odczuwalna: -7,3 st.C

Punkty Akcji Zima: 9,3

 

Jako, że pogoda w pierwszym dniu nie rozpieszczała i przywitała nas śniegiem, wszyscy byliśmy ciekaw jaka aura będzie nam towarzyszyła w drugim dniu pływania. Właśnie dziś mieliśmy uczestniczyć w konkurencjach jakie przygotowali dla nas organizatorzy, a przyznam, że po sukcesach z ubiegłego roku apetyty były ogromne.  Niektórzy liczyli na ładną pogodę, która pozwoli im pościgać się w miłych okolicznościach przyrody, ja z Konradem na mróz, który pozwoli umocnić się w tabeli przodowników AZ:) Niby za oknem lampa i bezchmurne niebo, ale szybka wizyta na stronie pogodynki i już wiadomo, że wszyscy będą dziś zadowoleni!

W dobrych humorach udaliśmy się do autobusów, a następnie na miejsce naszego startu. Już w kajakch pojedynczo i grupami, żwawo bądź ślamazarnie zbliżaliśmy się do miejsca startu dzisiejszych zawodów. (Pewnie chcecie spytać, a cóż to za zawody:] ) Gdy za kolejnym zakrętem ukazał się sędzia startowy, już wiedziałem, że do mety naprawdę niedaleko. Wiedziałem też, jak rozłożyć siły na czas trwania wyścigu, co rok wcześniej nie było takie oczywiste. Startujemy pojedynczo, niecałe pół godziny wiosłowania i oto jest meta. Żądni kolejnych atrakcji szybko udajemy się do autobusów, ale nasz zapał studzą kierowcy na których tradycyjnie przyjdzie nam dość długo czekać. Zresztą “tradycja” to słowo, które dla mnie, chyba nierozerwalnie związane jest z wizytami na Zimowej Wdzie, dlatego też w oczekiwaniu na konkurencje strzeleckie “tradycyjnie” idziemy zrobić trening na plenerowej siłowni. Trening umilamy sobie wspominkami z poprzedniego roku, zadręczając nieobecego Rafała wysyłanymi mu zdjęciami. Oj my niedobrzy!!! Wracamy do ośrodka, szybki instruktaż od Konrada, ubiegłorocznego zwycięzcy w strzelaniu i przystępujemy do swych prób. Po strzelaniu czeka na nas konkurencja tajemniczo zwana “szachami wikingów” (zaintrygowanych odsyłam do wujka googla). Przystępujemy do rozgrywek, lecz niestety siłownia zrobiła swoje, przetrenowane bicepsy i rozchwiany po treningu błędnik sprawiają, że wypadamy dosyć blado przy wypoczętych ekipach. Dzień powoli dobiegał końca, lecz to nie był koniec wrażeń. W oczekiwaniu na wieczorek taneczny, nasze dzielne dziewczyny z zapałem lepiły instalację artystyczną, która również miała podlegać ocenie, zaś męska część ekipy zajęła się ich dopingowaniem (Za wikipedią doping – sztuczne podnoszenie wydolności zawodników).
relacja by Stachu


Relacja z AZ07 – Zimowa Wda 2017 – dzień 3

 

data: 26.02.2017 r.

trasa: Stara Rzeka – Tleń

dystans: 7,8 km

uczestnicy: Agata, Edzia, Guma, Karolinka, Konrad, Mania, Ogór, Staszek, Szymon

Temperatura odczuwalna: -6,3 st.C

Punkty Akcji Zima: 8,3

 

Dzień trzeci XXI Ogólnopolskiego Spływu Zimowego na Wdzie rozpoczął się podobnie jak dzień pierwszy i drugi, od bólu głowy. Znane uczucie zniwelowaliśmy klasycznym podejściem do problemu, czyli śniadaniem z kawą.

Potem trochę ociężale ruszyliśmy na ostatni 8-kilometrowy odcinek Wdy. Rzeka znów zachwyciła nas swym pięknem i zimową scenerią, brzegi pokryte były jeszcze lodem i śniegiem, a w oddali śpiewały poukrywane w drzewach żurawie.

Po spływie spałaszowaliśmy pyszny obiad dostosowany do potrzeb i światopoglądu ucztujących. Stachu wchłoną schabowego, bo nie jest wegetarianinem, a Ci którym zależy na zwierzątkach zadowolili się jarskimi potrawami.

Po posiłku odbyła się część oficjalna kończąca spływ, podczas której organizatorzy ogłosili, że Habazie są najlepsze. Okazało się, że w kompilacji dyscyplin takich jak: wyścigi kajakowe na płaskiej wodzie, strzelanie z wiatrówki, szachy wikingów i kreatywność w budowaniu dzieł artystycznych z chrupek, nie mamy sobie równych. Nie było co prawda alko-konkurencji, ale ją też z pewnością byśmy wygrali.

Z bagażnikami ledwo domkniętymi od wysypujących się medali ruszyliśmy w trasę do stolicy. Za rok pewnie też tu wrócimy i powalczymy o nie gorsze miejsce niż w tym sezonie.

relacja by Ogór

foto Konrad i Guma

AZ7-AZ9 Zimowa Wda 2017

Flickr Album Gallery Powered By: Weblizar